Izrael,  Palestyna,  Podróże

Wzdłuż Morza Martwego

Od Masady, przez oazę Ein Gedi, po solną kąpiel w Morzu Martwym.

Masada
Święte miejsce Żydów, starożytna twierdza położona na szczycie płaskowyżu na Pustyni Judejskiej. O twierdzę toczono boje na przestrzeni wieków, lecz od VII wieku Masada jest niezasiedlona. Dziś można tam dostać się kolejką linową lub pieszo, po stromym zboczu. Z kolejki linowej korzystają ortodoksyjni Żydzi, którzy gromadami odwiedzają Masadę jako jedno z najważniejszych punktów na kulturowej i religijnej mapie judaizmu. To tutaj izraelscy żołnierze składają przysięgę wojskową, ślubując że Masada nie zostanie nigdy więcej zdobyta.
Dziś Masada jest kompleksem ruin i popularną atrakcją turystyczną (wschód słońca na Masadzie – tak zwana na ulotce wycieczka „Masada surise”). Większość turystów decyduje się na wjazd kolejką na szczyt góry za dnia. Ja postanowiłam skorzystać z nieco mniej mainstreamowego rozwiązania…

„Masada surise”
Tak nazywa się wycieczka busikiem, która swój początek ma w głębokich czeluściach nocy. Startuje z Tel Avivu oraz Jerozolimy. Turyści z Tel Avivu mają bardziej przerypane, w zasadzie nie muszą się wieczorem kłaść. My – czyli moja towarzyszka podróży oraz ja – ustawiłyśmy się nieco wygodniej: startowałyśmy z Jerozolimy.
Punktem zbiórki był Abraham Hostel niedaleko Jaffa Road, oddalony od naszego hostelu o jakieś 15 minut spacerem. Czas zbiórki: druga w nocy. W praktyce wyglądało to tak, że wstałam, jednym okiem ogarnęłam życie, drugim dalej spałam, jedną nogą przeszłam te kilka przecznic na miejsce zbiórki (druga w ruchu spała), a potem zwaliłam się na busikowe siedzenie i spałam dalej.
Na miejsce dotarliśmy pomiędzy 4 a 5 rano. Nasz kierowca był jednocześnie przewodnikiem. Wiedząc, że niewiele słyszymy o tej chorej porze, milczał taktownie, ale już po zejściu z Masady, zasypywał nas ciekawymi historiami.
Po dotarciu na miejsce moim oczom ukazała się… ciemność. Znajdowałam się na pustyni, w kropeczce jaką było te kilka palm, mały parking, stara i podniszczona toaleta oraz budka z panem sprzedającym wejściówki. Dookoła żadnych latarni, domów, fabryk – nic. Jedna wielka, nocna ciemność. Przepiękna sprawa!
Pustynia pustynią, ale było chłodno. W dodatku na nosie poczułam… deszczowy kapuśniaczek. Pustynia że hej…

Pan w budce z biletami jest panem i władcą na tych pustynnych włościach. Może robić co chce, nie wpuścić kogo chce i pokazać wała jak ma taką fantazję. Jechała razem z nami dziewczyna, na oko dwudziestoletnia, z akcentu – Brytyjka. Czekając w kolejce rozmawiała z koleżanką, odwrócona do okienka plecami. Nie zauważyła, gdy nadeszła jej kolej, a Pan Władca Na Pustyni puknął kilka razy w szybę. Dziewczyna odwróciła się i spokojnie powiedziała „Nie musi pan pukać, już podchodzę”. Dla Pana Władcy to była za wielka „impertynencja”. Oznajmił, że biletu jej nie sprzeda, na Masadę nie wpuści i żeby się wynosiła. Co byście zrobili na jej miejscu? Zaczęli się kłócić? Przeklinać dziada do piątego pokolenia? Dziewczyna z nieprzemijającym spokojem życzyła Panu Władcy miłego dnia i odeszła. Z pełną klasą i opanowaniem jakiego można tylko pozazdrościć. Później chyba go udobruchała, bo znów spotkałam ją na szczycie góry – historia z happy endem, pokazująca nieco lokalnego kolorytu.

Wejście na Masadę o 5 nad ranem to bez wątpienia doświadczenie niezwykłe i nie do podrobienia! Wejście zajmuje zwykłemu chlebozjadaczowi prosto zza biurka około godziny (z przystankami na wyplucie płuc).

RADA: wyposażcie się w latarki lub przytulcie, niczym jemioła, do kogoś z wypasionym telefonem co oświetli nawet Czarną Dziurę.

Droga jest sucha, kamienista, wijąca się. Raz prowizoryczne schody, raz bez schodów. Przy bardziej stromych przepaściach stoją drewniane balustrady. Jak już się trochę człowiek wydyszy, to zaczyna dostrzegać wyłaniającą się z ciemności pustynię. Ciemność zmienia się w granat, potem w stopniowy błękit. Przed nami rozpościera się przestrzeń nieograniczona. Na dole majaczy mała oaza parkingowa, nic poza tym. Gdzieś w oddali jakieś lilipucie skupisko świateł, potęgujące jeszcze ten pustynny kontrast.
No i wtedy człowiek dociera na szczyt, podchodzi do wschodniej części twierdzy i czeka aż wychyli się słońce, oświetlając ciepłymi kolorami… Tak, na to się człowiek nastawia jak popatrzy sobie na instagramowe zdjęcia, jak poczyta internety, jak złapie się na obrazek na ulotce…
Wiecie jak wyglądają gofry z bitą śmietaną i owocami na ulotkach a jak w rzeczywistości?
No, to moja „Masada sunrise” była jak te gofry.

Kapuśniaczek stopniowo przemieniał się w deszczową grochówkę, tylko po to by zakończyć swój koncert deszczowymi strzałami wbijającymi się w ciało prostymi smugami, zmaczającymi wszystkich do gaci. Słońce może i gdzieś wzeszło, ale na pewno nie na Pustyni Judejskiej. Ciepłe kolory to była tylko taka instagramowa fatamorgana.

Dyszy, ale wlazła
Mimo deszczu, mimo błękitnych, chłodnych kolorów otaczających ten „wschód słońca” i mało fotogenicznego zamglenia, potęga rozkładających się pod nogami przepaści, masywu gór i pustyni pozostawiła niezapomniane wrażenie. Może ma to jakiś związek z faktem, że udało mi się na górę wleźć i płuc nie wypluć, a może ta góra nawet w deszczu otwiera człowiekowi gębę z zachwytu?

„Masada rain”
Tym sposobem wycieczka o hucznym tytule „Masada sunrisa” zmieniła się w „Masada rain”. I wyobraźcie sobie, że miałam niezwykłe SZCZĘŚCIE ujrzeć deszcz w tym miejscu, bo jak nas poinformował nasz kierowco-przewodnik – deszcz w tych rejonach pada średnio pięć razy w roku!
Lucky me…

Darmowy zjazd kolejką
Ponieważ deszcz nie był żartem, lecz grubą ulewą, szybko zmoczył strome zejście, po którym wdrapywaliśmy się o 5 nad ranem. Z tego powodu (dosłownie tuż przed moim nosem) zamknięto drogę pieszą i wpakowano wszystkich do kolejki, którą zwieziono na dół.
Tym sposobem przejechałam się za darmo i mogę z czystym sumieniem powiedzieć: zdobywanie Masady kolejką jest zdecydowanie pozbawione wrażeń!

Zamknięta Oaza Ein Gedi
W życiu trzeba być twardym, nie MIĘTKIM. Zwłaszcza, gdy pokonuje się jakieś 4 000 km samolotem, jakieś 50 km autobusem, a potem jeszcze 100 km busem, żeby przedostać się do Ein Gedi, oazy o której się naczytało i którą zamarzyło się obczaić – a tymczasem z powodu opadów deszczu i spływającego błocka, oazę do połowy zamknięto.
Choć na początku, po opuszczeniu Masady, wszyscy naiwnie myśleliśmy, że mamy deszczowe przygody za sobą, deszcz postanowił inaczej.
Na szczęście nie ma tego złego, co by na dobre… W ramach rekompensaty za zamknięty do połowy park, do pierwszej lajtowej części wpuszczono nas za darmo! Ja myślę…

Co żyje w oazie
Pomimo zamknięcia głównej części parku, udało się zobaczyć kilka ciekawych rzeczy. Spotkałyśmy grupę Polaków, którzy przegrzebywali oazę w poszukiwaniu góralków syryjskich (takich małych, włochatych kulek z wyniosłymi minami) i obserwowałyśmy koziorożce nubijskie, które zdecydowanie miały wszystkich głęboko w nosie.

Wzdłuż Morza
Morze Martwe to tak naprawdę jezioro, które co roku zmniejsza się o metr!

Każdy wie, że zasolenie w Morzu Martwym nie pozwala na rozwinięcie się tam jakiegokolwiek życia, ale za to pozwala ludziom pożyć chwilę w świadomości, że jak ochlapią twarz tą słoną wodą, to wypięknieją. A tak na poważnie, to jest kilka rzeczy, o których należy pamiętać planując kąpiel w Morzu Martwym, a o czym niewielu pisze wprost:

1) Kupcie sobie „wodne buty”! Najlepiej takie zabudowane, gumowe. A w ostateczności, jeśli jesteście już na miejscu i nie wyposażyliście się w odpowiednie obuwie, to chociaż ubierzcie sandały albo skarpety. Wybrzeże Morza to nie piaszczysta plaża z mąką zamiast piasku, ale gliniaste, wypełnione ostrymi kamyczkami, a do tego śliskie i twarde podłoże. Trudno po nim chodzić, a co dopiero biegać. A jak ktoś się zrani w gołą stopę, o co nie trudno, to wtedy doświadczyć można bólu przez wielkie B.

2) Kąpiel w Morzu Martwym nie powinna być dłuższa niż 30 minut. Po upływie tego czasu woda i zawarte w niej właściwości szkodzą skórze!

3) Jeśli planujecie golić sobie cokolwiek na dzień przed kąpielą w Morzu – porzućcie ten czarujący pomysł. Jeśli macie dużą ranę – zrezygnujcie z kąpieli.

Za sól morską jak za zboże
Znad Bałtyku można sobie przywieźć trochę słonej wody w słoiczku, ale znad Morza Martwego (zwłaszcza mając w pamięci skrupulatną kontrolę na odprawie lotniskowej) to już trochę gorzej. Dlatego cwani lokalsi wymyślili sól w torebkach, słoiczkach i tubkach – można ją sobie kupić na stoiskach przy plaży. Cwany człek wymyślił interes, a jeszcze cwańszy podbił cenę tak, że upasła się do granic przyzwoitości.

Powrót do Jerozolimy stał pod znakiem bezchmurnego nieba, prażącego słońca (tak, tak, pojawiło się w pełnej krasie, gdy wycieczka dobiegała końca), beduińskich wiosek posadzonych na wzgórzach wzdłuż szosy, i rozkosznej myśli o… prysznicu.
Bo choć płatne plaże nad Morzem Martwym wyposażone są w prysznice, to nie sposób wyłuskać tam w spokoju całą sól z włosów, gdy dookoła przepychają się w pośpiechu panie ze zorganizowanych wycieczek. Podczas powrotu do Jerozolimy co jakiś czas obmacywałam swoje upięte włosy zamienione w solne stalaktyty i z niebywałą przyjemnością pozbyłam się ich pod hostelowym prysznicem.

Wasza EP Journey

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *