Podróże,  Tajlandia

Upalne miasto – Bangkok

Wdech i wydech. Tak zaczynam swą pierwszą, zaoceaniczną podróż. Wdech i wydech nie ze strachu. Z ekscytacji! Mam szczęście. Udało mi się znaleźć lot z przesiadką w Katarze (Doha), gdzie czekam na drugi lot tylko 4 godziny. Luksus. Zgrabnie przemykam po lotnisku w Doha (o 4 nad ranem…), choć Internety straszyły, że to takie rozległe lotnisko, że osobna planeta, że łatwo się zgubić. No… no nie. Albo Internety wyolbrzymiają, albo moja definicja dużego lotniska, gdzie łatwo się zgubić jest zupełnie inna niż reszty świata. Wielki misiek na środku hali wyznacza centrum. Do tego wszędzie oznaczenia oraz grzeczna i kompetentna obsługa. Jak tu się zgubić? Lotnisko w Doha ma jedną zasadniczą i kluczową wadę: TU NIE MA POCZTÓWEK. Nie znalazłam ani jednej, nawet smutnej i brzydkiej pocztówki z Painta. A gdy zapytałam o to kompetentną obsługę – popatrzyli na mnie ze zdziwieniem, wzrokiem, który mówił „Po co pocztówka jak możesz kupić sobie torebkę od Chanel?”. No jakoś nie mam ochoty na Rolls Roysa czy Chanel w roli pamiątki z przesiadki w Katarze.

Wrażenia z lotu: pojadłam (sztuczne jedzenie, ale zawsze), wypiłam hektolitry soku pomarańczowego, zadumałam się gdzieś nad Indiami, zasnęłam podczas turbulencji i bardzo się cieszyłam ze swojej miejscówki przy korytarzu. Taka ze mnie nietypowa turystka.

Ceny lotów

Cena za lot do Tajlandii i Kambodży to najdroższy wydatek całej podróży. Później jest już tylko taniej… Średnia cena lotu do Bangkoku to 2000-2100 zł. W sezonie będzie drożej (sezon w Tajlandii trwa od listopada do kwietnia/maja). Zdarzają się i tańsze bilety, ale to trzeba sumiennie polować.

Lądujemy. Wysiadamy. Pierwsze zderzenie z rzeczywistością: upał. Witamy w upalnym mieście. Lotnisko Suvarnabhumi. Harmider, wężyk do odprawy. Odprawa dla Chińczyków, odprawa dla Europejczyków i Amerykanów, odprawa dla lokalsów. Z rozbawieniem szukam odprawy dla kosmitów. Staję we właściwej kolejce, przygotowuje niezbędne dokumenty, paszport, papierek do wizy. Przyglądam się ludziom. Różne twarze, różne kolory skóry, różne uśmiechy albo ich brak, różne ubrania, ale wszystkich łączy jedno – są spoceni. Zaczynam się do nich upodabniać. Dochodzę do okienka. Cyk pyk i jest wiza. Śmigam dalej z lekkim stresem z tyłu głowy. Mój bagaż już za długo kręci się w kółko na lotniczej taśmie. Za długo na mnie czeka. A tam czyste koszulki! Uff, jest, jeden z ostatnich, stoi sobie już w rządku przy taśmie. Łapię bagaż i śmigam dalej. Jest wieczór. Jestem sama w nowym świecie, na innym kontynencie, wśród kompletnie innej kultury. Ale spoko, angielski znam. Dogadam się przecież.

Kolejne zderzenie z rzeczywistością: obsługa lotniska zajmująca się zbieraniem bagaży z taśmy, ucieka w popłochu na mój widok, gdy z uśmiechem zagaduję po angielsku i pytam o drogę do wyjścia. A zagaduję najserdeczniej, najładniejszym angielskim na jaki mnie stać. I tu jest błąd.

Język angielski w powszechnym użyciu, ale...
Po kilku dniach zrozumiałam już, że ładny, staranny i rozbudowany angielski to można sobie zachować na popołudniowe herbatki u jakiegoś Charlesa czy innego Williama w Anglii. W Azji przeżyjesz, gdy mówisz krótko, dobitnie i najlepiej bez gorących kartofli w gębie.

– Excuse me, where can I find a bus stop?
a
– BUS STOP, BUS STOP!
Jest różnica, nie?

Tajowie mówią po angielsku, ale ich wymowa jest tragiczna, co rodzi konkretne problemy komunikacyjne. Pierwszy raz w życiu nie potrafiłam się porządnie dogadać. Co więcej, mój angielski zaczął się cofać. Po pierwszym dniu przestałam używać pełnych zdań, zastąpiłam je słowami-kluczami (water, exchange, train).

Powiedzenie „koniec języka za przewodnika” nabiera w Tajlandii nowej barwy!

Księgarnie i kioski

W Bangkoku i w kambodżańskim Siem Reap (o którym będę opowiadać w innym poście) księgarni lub kiosku nie widziałam prawie w ogóle. Nie ma zwyczaju czytania książek, gazet, nie ma zwyczaju ich kupowania. Jedną jedyną osobę czytającą książkę w sklepie (gdy nie było klientów) widziałam na Krabi w Ao Nang. A autentyczny kiosk z przewodnikami i gazetami – na lotnisku w kambodżańskim Siem Reap. To wszystko.

Nic dziwnego, gdy od książki popularniejsza jest komórka.

Smartfonowy świat

Gdy Pan Tuk Tuk w niewielkim, turystycznym Siem Reap (miasto startowe do kompleksu Angkor Wat w Kambodży) wyciągnął z kieszeni komórkę lepszą od mojej, opadła mi szczęka. Prawda, jechałam do Tajlandii i Kambodży z lekkim stereotypem w głowie, że owszem, telefony komórkowe tam mają, ale pewnie jeszcze jakieś Nokie 3310 czy coś… Tymczasem Pan Tuk Tuk zapisał sobie nasze numery na Whatsappie i w ten sposób się z nami kontaktował podczas kolejnych dni w Angkor. Na swoim wypasionym telefonie.

Z jednej strony wypasiony smartfon, z drugiej znoszone spodnie…

I to nie zawsze jest kwestia biedy. To jest trochę też kwestia priorytetów. Po kilku dniach w Tajlandii (i spostrzeżenie to utwardziło się w Kambodży) zauważyłam, że priorytety moje – jako Europejki – i otaczających mnie lokalsów dzieli przepaść. Nie dziwię się już widząc sklepy czy restauracje, w których pracuje i żyje kilka pokoleń (dzieci, rodzice, babcia, dziadek), gdzie śpią, oglądają telewizję (tak, telewizor to wysoko ustawiony na liście priorytet), gdzie podają klientom jedzenie, gdzie sprzedają posągi buddy czy pamiątki. Panowie Tuk Tukowcy śpią i jedzą w tuk tukach, wnętrza tych sklepo-domów są pozbawione tego, co znamy z naszych priorytetów (wyremontowanych mieszkań, ładnych podłóg, wymalowanych ścian, ozdobnych bibelotów i tak dalej). Tu ważne jest to, co praktyczne plus telewizor i smartfon.

Taksówki

W końcu znalazłam wyjście z lotniska. Jestem na zewnątrz! I wtedy kolejne dwie rzeczy zwalają mnie z nóg: najpierw fala gorąca, a potem wielka kolejka do taksówek!
I tutaj wskazówka dla wszystkich wybierających się do Bangkoku: jeśli jedziecie od razu do miasta – postoicie sobie w kolejce do taksówki lub możecie szukać drogi do pociągu czy autobusu. Jeśli jednak przylatujecie późno lub, tak jak ja, czekacie na resztę ekipy i macie zatrzymać się w przylotniskowym hotelu, kierujecie się w prawo do osobnej kolejki taksówkowej – dużo krótszej i sprawnie się zmniejszającej.

Taksówki są przyjemne, wygodne i z klimą. Jechałam taksą dwa razy i za każdym razem pogadałam sobie z uśmiechniętym (nawet jak zmęczonym) kierowcą. Mówią po angielsku, choć na początku musiałam się ostro skupić i wyłapać z jego potoku tajo-angielskiego znajomych mi słów. Potem było już łatwiej.

Dotarłam do hotelu (Panini Residence) późnym wieczorem. Po drodze kupiłam piwo. O tak, zimne piwo. Wzięłam prysznic, otworzyłam to piwo i wtedy z nieba lunął taki deszcz, jakiego w życiu nie widziałam…

No, ale ja miałam przed sobą całą noc. Niech leje.

Spotkanie z resztą ekipy – witamy Paulę na tajlandzkiej ziemi
Następnego dnia spakowałam manatki i ruszyłam z powrotem na lotnisko. Taksówka spod hotelu kosztowała mnie 150 bahtów.

Waluta: baht (THB)
Przelicznik: 1,00 pln = ok. 8 THB (kurs z czerwca 2019)

Razem z Paulą przedostałyśmy się do Bangkoku pociągiem. Stacja na lotnisku znajduje się w podziemiach. Bilet w jedną stronę kosztuje 45 bahtów za osobę. W Bangkoku wysiadłyśmy na stacji Phaya Thai.

Ciekawostka: bilet to taki plastikowy, okrągły żeton, który przykłada się do czytnika przy bramkach, następnie trzyma w kieszeni, a po dotarciu na miejsce wrzuca do specjalnego pojemnika.


Miasto powitało nas skwarem, słońcem, duchotą w porównaniu do naszych europejskich klimatów w tamtym czasie (koniec października). I pierwszą na naszej drodze naciągaczką.

O „instytucji” naciągaczy wiedziałam już przed wylotem. Słyszałam opowieści, wiedziałam czego się spodziewać. Mimo to i tak przez pierwsze pięć minut z naiwnością młodej turystki chcącej poznawać ludzi i świat, weszłam w rozmowę z elegancką Tajką. Stała na pomoście, którym zmierzyłyśmy do ulicy w poszukiwaniu tuk tuka. Mówiła płynną angielszczyzną, choć z tym ich tajskim akcentem. Zagadała niewinnie. Wyglądała jakby na kogoś czekała. Cóż. Czekała. Na nas. Najpierw opowiadała o swojej córce, która studiowała za granicą, o sobie i swoich podróżach. Nieświadome zagrożenia brnęłyśmy w te opowieści. Gdy jednak kobieta po raz któryś z kolei wymieniła nazwę jednej, konkretnej agencji turystycznej, zapaliła mi się czerwona lampka. Spojrzeniem dałam znać Pauli, zrozumiałyśmy się. Postanowiłyśmy jednak udać się za kobietą do tuk tuka (na 100% podstawiony), który miał nas zabrać najpierw do tej agencji turystycznej, potem do hotelu. Cóż. Tego chciałyśmy – transportu do hotelu. Po drodze próbowałyśmy namówić Pana Tuk Tuka by odwiózł nas od razu do hotelu, lecz bezskutecznie. Gdy zatrzymaliśmy się przed rzeczoną agencją, dla świętego spokoju powędrowała tam Paula. I tu kolejna niespodzianka: pani w agencji dobrze wiedziała, że będziemy we dwie i nie chciała o niczym rozmawiać, dopóki obydwie się u niej nie stawimy.

Nie miałam zamiaru ani zostawiać bagaży w tuk tuku, ani brnąć z nimi do agencji, która już teraz nie była w stanie mnie niczym zachęcić. Machnęłyśmy na to ręką i udałyśmy się w dalszą drogę. Tym razem tuk tuk zabrał nas do celu bez gadania.

Nocleg w Bangkoku

Zatrzymałyśmy się w hostelu Issara by D Hostel. Miejsce czyste i zadbane, z przyjazną i pomocą obsługą, choć umeblowanie surowe. Mi to nie przeszkadza, ale lojalnie uprzedzam. Hostel znajduje się prawie w centrum, spacerem do najważniejszych historycznych atrakcji Bangkoku.
Ze spokojem duszy polecam.

Kao San Road

Jedna z najbardziej turystycznych ulic Bangkoku. Pełna lukrowanych skorpionów, nagabywaczy zapraszających na „ping pong show” (nie będę Wam opowiadać co to jest, wygooglujcie sobie sami, albo obejrzyjcie Globstory – Kaja zdążyła już o tym opowiedzieć 😀), zachęcających do kupienia gazu rozśmieszającego (do dziś nie wiem jaki w tym cel, skoro gęba mi się śmieje na samą myśl o pobycie w nowym kraju), pełna głośnych knajp w stylu zachodnim, pełna sklepów z takimi samymi kieckami (ale ładne są, nie ukrywam, mam dwie!), a oprócz tego pełno tu zachodnich, wyluzowanych turystów, którzy przyjechali po czysty fun.

Ceny:
kiecka krótka – 200 bahtów
kiecka długa – 300 bahtów
słomkowa torebka – 650 bahtów
koszulka – 100 bahtów
spodenki – 100 bahtów

Wszystko trzeba wytargować. Targowanie jest w dobrym tonie, jak się nie targujesz to jesteś frajerem. Na początku trzeba wyjść z maksymalnie niską ceną. Nawet absurdalnie niską, żeby mieć czym grać.

Pad Thai

Niedaleko Kao San Road zjadłam swój pierwszy w życiu pad thai!
Pad Thai to tradycyjne danie tajskie. Makaron ryżowy smażony z tofu, krewetkami lub kurczakiem. Doprawione sosem ostrygowym lub rybnym, skropiony limonką, posypany kiełkami fasoli mung,  szczypiorkiem i orzeszkami. Mi najbardziej smakował z krewetkami.

Fot. by tastingtable.com

Jedzenie tajskie po raz pierwszy

Przyjeżdżając do Tajlandii wiemy, że standardy sanepidowskie są odmienne od tych, które znamy. Czytamy o tym w książkach, na blogach, oglądamy filmiki na YouTube. Mimo to i tak jesteśmy zszokowani widząc pierwszy stragan z ulicznym jedzeniem, gdzie łyżki są wspólne (metalowe na sznureczku), gdzie stolik czysty był może w poprzednim sezonie, gdzie osoba przygotowująca jedzenie nie za specjalnie ma gdzie umyć ręce… Możemy się krzywić, możemy prychać. Pamiętać jednak należy, że jadąc do Tajlandii, czy Kambodży (zapewne i do Wietnamu, Laosu – ale tam jeszcze mnie nie było), wjeżdżamy w zasięg innej kultury, innych zwyczajów. Nie ma się co krzywić. Trzeba się po prostu przełamać i dostosować.
Najlepszym sposobem na te niesanepidowskie standardy jest po prostu zamówić, usiąść i zjeść. Ja tak zrobiłam. I to była najlepsza decyzja ever. Bardzo rozluźniająca.

A profilaktycznie na wibracje brzuszkowe polecam coca-colę lub lufę wódy raz dziennie. Działa!


Oszustów ciąg dalszy

Nasza naciągaczka z pierwszego dnia w Bangkoku była nieszkodliwa. Wysłała nas tuk tukiem do agencji turystycznej, a potem tuk tuk dowiózł do celu. Nawet nie czułyśmy się źle z dłuższym czasem przejazdu. Była okazja do obserwacji lokalnego folkloru.

Kolejnego dnia pojawił się już nie naciągacz, ale oszust – szkodliwy typ naciągacza. Pojawił się znikąd przy świątyni Wat Pho i Wielkim Pałacu. Od razu poinformował, że wejście do pałacowego kompleksu było niemożliwe. Trwały tam właśnie modlitwy i świątynie miały być niedostępne dla zwiedzających przez następne godziny. Ale, ale! Możemy jechać tuk tukiem na wodny market i tam pozwiedzać. Oooo tu proszę jest jego kolega tuk tuk, a na miejscu będzie jeszcze inny kolega, który nas oprowadzi. Wszystko załatwione! Taaa…

Nauczone doświadczeniami innych i swoimi własnymi, nie dałyśmy się zwieść. Podziękowałyśmy stanowczo i udałyśmy się w zaplanowanym kierunku. Okazało się, że Pałac był zamknięty tylko do połowy – cała reszta otwarta dla turystów. Gdybyśmy posłuchały oszusta, nie odwiedziłybyśmy już Pałacu w ogóle, bo po markecie zabrakłoby nam czasu na powrót w te strony przed godziną zamknięcia pałacowego kompleksu. A ponieważ plan całego wyjazdu zakładał dość szybki wyjazd z Bangkoku, nie było czasu na powtórkę.

Przy okazji tego spotkania miałam okazję zrozumieć, jak bardzo odmienna jest mentalność Tajów na niektóre zagadnienia. Na przykład taka rzecz jak spacer. Chodzenie dla przyjemności – rzecz kompletnie wykraczająca poza obszar zrozumienia. Jak można spacerować z przyjemnością, skoro obok stoi tuk tuk?! Ot, zachodnia fanaberia!

Tajowie

Już pierwszego dnia w Bangkoku zauważyłam, że Tajowie są zmęczeni. Zmęczeni upałem, zmęczeni buzującym miastem, zmęczeni codziennością, a w Bangkoku też turystami. Nie są tak uśmiechnięci i życzliwi jak trąbią o tym Internety. A raczej są uśmiechnięci, ale sztucznie – w sposób dla nich naturalnie interesowny. Z zaciekawieniem czekałam, co odnajdę na prowincji.

Pierwszego dnia

uważajcie na słońce, pijcie dużo płynów i jedzcie nawet, jeśli brzuszek blokuje się Wam z podekscytowania! Oszczędzajcie się też. Na kozaczenie i bieganie po świątyniach od świtu do nocy będzie jeszcze czas.

Wat Pho i Leżący Budda

Wat Pho to jedna z największych i najstarszych świątyń buddyjskich w Bangkoku. Jest w niej około tysiąca wizerunków Buddy, w tym ten najsławniejszy – leżący.

Leżący Budda ma 46 metrów długości i 15 metrów wysokości. Leży oparty na dłoni – przechodzi w stan nirwany. Ciekawostka: posąg jest wykonany z cegły i gipsu, ale cała zewnętrzna warstwa jest ze złota! Wzdłuż ścian budynku, który jest domem Leżącego Buddy (wiharnu) ustawione są miski. Dokładnie 108. Przed wejściem można wziąć małą miseczkę wypełnioną monetami, które następnie wrzucamy po jednej do każdej miseczki. Tajowie wierzą, że taki rytuał ma zapewnić szczęście!

Złoty Budda

Kolejny z wielu wizerunków Buddy. Waży ponad 5 ton i jest wysoki na 3 metry. Wykonany jest w całości ze złota! Wykonano go najprawdopodobniej gdzieś w XIII/XIV wieku. W XVIII schowano podczas najazdu birmańskiego (złoto ukryto pod warstwą gipsu) i tak sobie leżał schowany przez 200 lat. Odkryto go przypadkiem w XX wieku. Podczas prac remontowych zsunął się z dźwigu i opadła gipsowa otoczka. Po tym wydarzeniu zbudowano mu specjalną świątynie, którą dziś odwiedzają tysiące turystów.

Ważne: wchodząc do każdej świątyni trzeba zdjąć obuwie. Należy je zostawić na specjalnych półeczkach.

Dzielnica Chińska

To jedno z najgwarniejszych, najbardziej dusznych, parnych i zatłoczonych miejsc w jakich byłam. Chinatown z prawdziwego zdarzenia! Pomimo tego, że skwar lał się z nieba, a duchota unosiła z tysięcy pierdzących samochodów, spacer po Chińskiej Dzielnicy był jak wędrówka po kosmosie. Nowe zapachy, widoki, różne dziwności na stoiskach. Pełno tu sklepów z biżuterią, tkaninami, ziołami, straganów z różnymi duperelkami. Nawet przemykanie się pomiędzy ciasno skupionymi ludźmi miało w sobie jakiś urok.

Rejs tramwajem wodnym po rzece Chao Praya

Ciasnota, ludzie z bagażami: tu plecak, tam walizka, siata z zakupami, a jeszcze dalej zafoliowany Budda jedzie do domowej świątynienki. Pośrodku tego przemyka charyzmatyczno-agresywna konduktorka z blaszanym pudełkiem wypchanym jakimś grochem lub drobniakami i machająca tym w powietrzu. Nie cofnie się nawet przed puknięciem tego czy owego pasażera w ramię, by tylko wymusić na nim przesunięcie się w głąb tramwaju wodnego.


Wat Arun

To Świątynia Świtu, podobno jedna z najpiękniejszych w Bangkoku, symbol Tajlandii, symbolu z pierwszych stron przewodników po Bangkoku. Świątynia jest jednym z najstarszych zabytków w mieście. Mi nie udało się wejść do środka. Dotarłyśmy tam za późno. Pauli udało się innego dnia, gdy ja już zmierzałam do Polski. Podobno ładne, ale żeby jakoś zwaliło z nóg tak jak o tym trąbią przewodniki… to nie bardzo.

Internet

Jeśli ktoś Wam powie, że w Tajlandii wszędzie jest Internet, to owszem ma rację, ale nie znaczy to, że Wy z marszu będziecie mieć do niego dostępu. Bo: trzeba wykupić access code, bo trzeba się zarejestrować. I jeśli chcą tylko numer Waszego lotu lub paszportu, to i tak macie fart. Oczywiście nie przeszkadza to nikomu oblepić tajlandzkie ulice nalepkami „free wifi”. Takie to free jak jak baletnica.

Najlepiej od razu po przylocie kupić kartę z tajlandzkim numerem i internet do tego. Zdecydowanie się to opłaca.

Wybielające kremy

Wiecie, że w Azji popularne są kremy wybielające, w których lubują się zwłaszcza panie? Można spotkać na ulicy dziewczyny od szyi w dół ciemniejsze, a na twarzy znacznie bielsze. Przypomina to trochę źle dobrany podkład. Według lokalsów ciemniejsza skóra oznacza człowieka zarobionego w polu. A biały to posiadający pracę bardziej prestiżową, człowiek majętny, dobrze usytuowany.


Szanuj tajlandzką walutę

Pieniądz w ogóle powinno się szanować, ale w Tajlandii z podwójną ostrożnością. Na tajlandzkich banknotach znajdują się wizerunki osób z rodziny królewskiej, a w Tajlandii rodzinę królewską i jej wizerunki traktuje się z nabożną czcią. Przykładowo: jeśli celowo podepczemy banknot na oczach Taja, możemy spodziewać się poważnych kłopotów.

Nigdy nie wierz na 100%

Jeśli pani w okienku mówi, że statek zatrzymuje się przy stacji Tha Thien, to nie wierz na 100%, mimo że to pani w okienku – podobno specjalistka w temacie. Jeśli możesz, sprawdź w innym źródle. Jeśli nie możesz – módl się, żeby nie wywiozło Cię za daleko.

Tajowie są nieprecyzyjni w udzielaniu informacji. Często chcą pomóc nawet jak nie znają poprawnej odpowiedzi. Do tego bariera komunikacyjna (nasz i ich angielski, to takie różne angielskie). Często źle zrozumieją o co nam chodzi, potem my źle rozumiemy o co im chodzi…

Nie byłam we współczesnej części Bangkoku. Nie byłam w restauracji, gdzie kręcono Kac Vegas wersję w Bangkoku, nie byłam na pływającym markecie. Pewnie jest jeszcze tysiąc innych rzeczy, które powinnam, a nie zrobiłam będąc w stolicy Tajlandii, lecz ja żałuję tylko jednej: że nie nocowałam w wielkim wieżowcu (hotel) z basenem i panoramą na miasto. Poza tym nie ma w Bangkoku nic, co przyciągnęłoby mnie tam z powrotem, na dłużej. Co najwyżej lotnisko Suvarnabhumi, do którego loty z Polski są w zasadzie najtańsze ze wszystkich azjatyckich lokalizacji.

A na zakończenie ciekawostka!
Jaka jest pełna nazwa miasta Bangkok?
A taka:

Krung Thep Mahanakhon Amon Rattanakosin Mahinthara Ayuthaya Mahadilok Phop Noppharat Ratchathani Burirom Udomratchaniwet Mahasathan Amon Piman Awatan Sathit Sakkathattiya Witsanukam Prasit.

Kasia

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *