Włochy

Rzymskie wakacje w październiku

Niedziela – czas weekendowych turystów, więc zwiedzanie Watykanu, Forum Romanum czy Koloseum to pomysł tak dobry jak weekendowy wypad na zakupy do Nowego Jorku z Pcimia Dolnego – można, ale po co spędzać cały czas próbując się tam dostać? Pierwszy dzień w Rzymie przypadł właśnie na niedzielę, dlatego razem z towarzyszką mojej podróży zdecydowałyśmy się olać wszelkie wnętrza i po prostu pospacerować bez głębszego celu.

Spacerowanie przeszło w… zewnętrzne zobaczenie prawie wszystkich topowych miejsc Rzymu!

Targ na Porto Portese
Ciągnący się bez końca targ rozmaitości i staroci. Można tam dostać wszystko: ubrać się od stóp do głów, wyposażyć całą kuchnię, nabyć stuletnią parasolkę, a nawet posłuchać gry dwóch podjaranych swoją grą gitarzystów, siedzących pośrodku chodnika. Na targu trzeba: – się targować, – pilnować swojego plecaka/torby, – nie dać się nabrać na przedmiot udający antyk!

Zatybrze
Czyli Viale Trastevere. Tu trafiłyśmy na naszą pierwszą pizzę na kawałki. Za niecałe 5 euro zjadłyśmy najpyszniejszą pizzę wszechświata. Jedna z pomidorem, mozarellą, bazylią i oliwą, druga z kurczakiem, oliwkami i warzywami. Pizze były zimne, a jednak pyszne (nie do pomyślenia w Polsce!), treściwe i bez potrzeby naciepania sosu, aby ukryć brak treści. Pan sprzedawca od razu zaznaczył, że po angielsku nie mówi, a mimo to obsłużył nas z serdecznym (nie serdeczno-kupieckim, ale ludzko-serdecznym) uśmiechem. Wszamałyśmy pizze na kamiennej ławce pod sklepem, obserwując trudne manewry pana Włocha około 50-tki, próbującego wpakować swój skuter w miejsce nie do końca się do tego nadające…

Schody Hiszpańskie
Oglądanie Schodów Hiszpańskich w weekend to również pomysł do luftu. No, ale nam wyszło spontanicznie. Na miejscu masa ludzi. Na schodach nie wolno jeść (taki przesąd! A do tego zakaz…), więc obok, na krawężniku, zjadłyśmy tiramisu z Pompi – podobno jedno z najlepszych w mieście. Albo to prawda, albo wszyscy słyszeli tę samą plotkę co ja, bo kolejka do sklepu Pompi duża. Na szczęście schodzi szybko (sprawna obsługa i organizacja). Cena za klasyczne tiramisu – 4 euro. Sprzedawane w kartoniku (łyżeczka w środku!). Ilość spokojnie wystarczy na dwie osoby (dobra, dla łasuchów jeden karton na osobę).
Przy schodach są „live kamery”. Można pomachać zapracowanym kolegom z biura – jeśli się ich za bardzo nie lubi.
Schody Hiszpańskie mają 138 stopni. Podobno są to drugie co do wielkości schody w Europie (pierwsze to schody Potiomkinowskie w Odessie).

Fontanna di Trevi
Ładne miejsce, ale tak zapakowane ludźmi, że czar pryska. Nie wiem czy warto pchać się w tłum (dziki, cały czas pilnowany przez carabinieri i polizia). Warto stanąć poza tłumem przy witrynie sklepu naprzeciwko fontanny i podziwiać fontannę z daleka – piękną w całej okazałości. Fontannę warto zobaczyć za dnia, ale i wieczorem jest ślicznie podświetlona. Obok fontanny jest kościółek, w którym połowa powierzchni to trzy małe ołtarze ustawione w poprzek – pierwszy raz spotkałam się z czymś takim.

Kościól Chiesa del Gesu
Znajduje się przy Piazza del Gesu. W kościele tym, o 8:00 wieczorem prawie nie ma ludzi. Sklepienie nie jest podświetlone, więc półmrok spowija bogato uszczegółowione wnętrze. Gdzieniegdzie płoną dziękczynne lub proszebne świeczki. Cisza, ciepło, półmrok – to wszystko wprowadza w swoisty trans. Człowiek przysiada na chwilę, nawet nie wie kiedy porzuca dźwigane toboły (plecak, aparat) i rozsiada się. I tak siedzi wpatrując się w ołtarz, i tak myśli – zejdą aniołowie by przekazać jakieś mądre słowo, czy nie zejdą? I nawet ateista jest tam w stanie uwierzyć w moc zejścia tych aniołów. A jeśli aniołowie nie zeszli, to widać tylko dlatego, że nie zasłużyło się na żadne mądre słowo!

Co kraj to obyczaj
Co kraj to obyczaj i nie wolno tego kwestionować, ale kto to widział, żeby na śniadanie jeść słodkiego rogala z czekoladą? Nie dość, że człowiek nienasycony, to jeszcze przesłodzony.
A co to za zwyczaj jedzenia i picia na stojąco? Stoją i jedzą te rogale, piją te szybkie, mocne kawy i idzie to w boki. Zamiast w spokoju skonsumować sycącą szynkę, jajecznicę czy warzywa – to wprowadzają na kilogramy nutellę od rana. Dziwne zwyczaje.

Metro w centrum z rana
Jeśli wpadniecie na pomysł jechania metrem w stronę centrum w godzinach szczytu (8:00 – 9:00 rano), to od razu wybijcie to sobie z głowy. Na 9:50 miałyśmy być na placu św. Piotra, gdzie umówiony był przewodnik. Wyszłyśmy z hostelu o 8:45 i skierowałyśmy się na stację metra Termini z lekką myślą, że „wskoczymy do metra i w 10 minut będziemy na miejscu. Jeszcze zdążymy strzelić kilka fot placu w porannym słońcu”. Banialuki. Stacja metra (na Termini krzyżują się dwie linie, A i B) była wypchana po brzegi aż do schodów. Gdy kolejka nadjechała – wypchana ludźmi jak marynowanymi śledzikami – po stacji roznosiło się pełne włoskiej ekspresji „ouuuuuu”. I pierwszy szereg – chyba jak w Hong Kongu (gdzieś taki filmik widziałam) – wciskał się na siłę do środka.
Bez widoku na wejście do kolejki choćby w trzeciej rundzie, przebiegłyśmy kilka razy plac stacji autobusowej, aż trafiłyśmy do autobusu linii 64, który w 30 minut dowiózł nas prawie pod plac św. Piotra. W autobusie poznałyśmy parę uroczych Amerykanów około 50-tki, z Nowego Jorku. Zapewniali, że dojedziemy na miejsce. Bo do końca nie byłyśmy tego pewne… Bo kto tam wie te włoskie autobusy, z włoskimi kierowcami i te włoskie rozkłady jazdy (osobna historia!). I do tego o włoskiej 8:00 rano. Kierowca, na moje pytanie czy dojedziemy tam w godzinę, mruczał, kręcił ręką i zachowywał się jak stoicki filozof pochylający się nad problemem, a żadna odpowiedź nie była przez niego uznana za właściwą…

Jak się chodzi w Muzeach Watykańskich?
W Muzeach Watykańskich drepczemy jak gejsze. Przesuwamy się o kilka sennych sunięć stóp. Najgorzej przy głównych „atrakcjach”: Grupa Laokoona, Kaplica Sykstyńska… Oooo, w Kaplicy to dopiero cyrk! Wypchana po brzegi, ludzie rozmawiają, dzielą się wrażeniami – wtem z głośników rozbrzmiewa: „Silent! Silent please! Szszszsz!”. Kaplica to miejsce sakralne, ale w godzinach turystycznych nie specjalnie różni się od pomieszczenia muzealnego…

Bazylika Św. Piotra
Gniecie oczy. Wielka i zatykająca. Aby do niej wejść trzeba przejść kontrolę, a kolejki do kontroli są hiper serpentynowe (o tym jak dostać się tam szybciej – w dalszej części opowieści). Za samo wejście do kościoła się nie płaci (za wstępy do kościołów – wiadomo – się nie płaci). Ale oprócz obejrzenia samej bazyliki można jeszcze wejść jej pod kopułę! Widok – miodzio, warto! Można się tam wdrapać na dwa sposoby:

a) Na lenia – czyli wjechać windą (i ominąć około 300 schodów) i 200 schodków pokonać samodzielnie,
b) Wersja dla wytrwałych, czyli wejść ponad 500 schodów
Wersja a) za 6 euro, wersja b) za 8 euro.

Ostatnia „krzywa” na szczyt kopuły to bardzo wąski, mocno pochylony korytarzyk. Nie polecam osobom z klaustrofobią, chorobami serca czy z dyskusyjną odpornością fizyczną.
Mniej więcej w połowie drogi – można rzec na dachu – mieści się kawiarenka, gdzie warto się dowodnić lub docukrzyć (ciacho, lody – te sprawy).

Papież Jan Paweł II
Spoczywa w skromnym sarkofagu, zaraz po prawej stronie od wejścia do bazyliki. Jakby ktoś jeszcze nie wiedział.

Jak kelnerzy zapędzają klientów do swoich restauracji
Kelner-naganiacz we włoskiej restauracji musi mieć gadane jak profesjonalny standuper. Do tego komik. Do tego z ADHD. Kelner nigdy nie siedzi, nigdy nie czeka aż mu spadnie manna z nieba w postaci klienta. Kelner wyłapuje klientów na wędkę własnych słów, im bardziej kreatywny i spostrzegawczy, tym celniejszy połów. Kelner oczekuje przed restauracją w luźniej pozycji, zachęca powitaniem, uśmiechem. Gdy wyczuje zachęcenie, zagada, zapyta skąd pochodzicie. Kelner potrafi powiedzieć przynajmniej jedno słowo w każdym większym języku (po polsku to „dzień dobry”, „dziękuję” i „Robert Lewandowski”). Bardzo często w porze wieczornej, właściciele sami robią za kelnerów-naganiaczy. Gdy traficie na takiego właściciela i wyczuje on Wasze zachęcenie przy jednoczesnym wahaniu, gotowy jest dać specjalną, spontaniczną zniżkę!

Napiwki w restauracjach
W restauracjach doliczają za usługę kelnerską – około 3-4 euro (jeśli siadamy na jedzenie. Nie doliczają do wizyty na kawę). Usługa ta nie jest wymieniona w menu. Można się zdziwić!

Pizza
Rzym jest pełen pizz. Włochy są pełne pizz. Pi(a)zza Navona, Pi(a)zza Venecia, Pi(a)zza Spagna. A uliczki pełne są spaghetti, a rury pełne są wina.
Pizza margarita włoska a pizza margarita polska to jak niebo i ziemia. W Polsce łatamy dziury w ulicach prowizorycznym betonem – tak samo chcemy załatać brak prawdziwej pizzy w pizzy poprzez rozmaite sosy. We Włoszech taki sos to zbrodnia. Nawet nie proście o niego kelnera.

Sprzedawcy selfiesticków
W Paryżu są setki namolnych sprzedawców wież Eiffla. W Rzymie są sprzedawcy chust, głupich plastikowych zabawek, tak samo plastikowych selfiesticków, wieczorem zaś róż. Pokazuje Ci selfiesticka – ty pokazujesz, że już masz. To nic! Sprzedawca ma coś innego, co NA PEWNO jest Ci potrzebne – i tu wyciąga z kieszeni gumową, błyszczącą zabawkę do podrzucania. Tak samo namolni, tak samo liczni. Sprzedawcy ci są pochodzenia afrykańsko-azjatyckiego (zależy od regionu Rzymu). Po ulicach kręcą się także sprzedawcy prosto z Kenii, sprzedają bransoletki. Jak nałożą ci na rękę sznurek z koralikami, to już musisz zapłacić. Nie dajcie się nabrać, jeśli nie macie ochoty na bransoletkę w żółto-zielone koraliki. Najlepszym sposobem na tych sprzedawców jest unikanie ich wzroku, stanowcze non (nie), twarz bez uśmiechu. Każdy uśmiech jest dla nich zachętą, niestety…

Rada: gdzie siadać w restauracyjnych ogródkach

Rada dotycząca czasu restauracyjnego: jeśli wybieracie restaurację, która ma ogródek lub jest usytuowana na placu obleganym przez turystów, usiądźcie w drugim rzędzie stolików (nie pierwszym!). Siadanie w pierwszy rzędzie było urocze kilkadziesiąt lat temu. Teraz sprawia, że macie ochotę szybko zjeść i uciekać. Wszystko przez nagabujących chustkowych i selfiestickowych sprzedawców. Siedząc w drugim rzędzie macie mur z pierwszego rzędu i nawiązanie nękającego kontaktu jest dużo trudniejsze.

 Co ma Ułan do włoskiej ulicy?

Przez ulicę włoską przechodzimy z ułańską fantazją. Stanowczo, bez wahania!

Przechodzimy na pasach, gdy zielone (po włosku – spacerowym krokiem), gdy żółte (szybko). Przechodzimy też na czerwonym, gdy nic nie jedzie oraz gdzie Bóg da, gdy nic nie jedzie albo jedzie. Łapiemy się za serce i z duszą na ramieniu przechodzimy. Prędzej kierowca zatrąbi na innego kierowcę, który zatrzymuje się specjalnie by Was przepuścić niż na Was samych, nawet jak wleziecie mu prosto pod koła. A jak już zrobicie to zbyt zamaszyście (nabrawszy nadmiernie włoskiej pewności siebie) i kierowca wystawi głowę przez okno by Was ekspresyjnie ochrzanić, odkrzyknijcie szybko (żeby słowa się zlały i nie były za bardzo zrozumiałe) „prego, prego, tutti bene!” wymachując równie ekspresyjnie ręką. To ostatnie jest kluczowe.

 Jak dostrzec współczesną ulicę w kamiennych uliczkach Forum Romanum?
Polecam wdrapać się na taras (po lewej stronie od wejścia). Dopiero stamtąd wyraźnie widać zarys dawnych, antycznych uliczek, którymi – zupełnie bezwiednie – przemierza się na dole. Wystarczy odrobina wyobraźni by ujrzeć te wysokie budynki, kolumny pod niebo, wąskie, zacienione uliczki, którymi panowie w prześcieradłach i panie w sandałkach popylały w te i z powrotem. A dla osób bez wyobraźni zostaje album „Rzym zrekonstruowany” do nabycia w Koloseum (14 euro).

Jak poruszać się komunikacją miejską we Włoszech i nie zgłupieć?

Wyluzować. Jeśli zdecydujecie, że nogi Was bolą i pora na podróż autobusem, pamiętajcie: jesteście we Włoszech i wszystko co zastaniecie na przystanku musicie przyjąć po włosku – z luzem! Na przykład brak godzin przyjazdu na rozkładzie jazdy… Na niektórych przystankach są osobne tablice z czasem przyjazdu konkretnego autobusu (np. za 30 minut), ale nie na wszystkich… Kierowca może dojedzie na godzinę 10:00, a może na 10:15 – on sam nie wie, to skąd rozkład jazdy ma wiedzieć. Jak będzie to będzie! Każdy Włoch-pasażer cierpliwie zaczeka na autobus. Bo to Włochy są proszę Państwa, nie niemiecki urząd.

 Bazylika św. Jana na Lateranie i Scala Santa
Wszyscy mówią, że bez zobaczenia Panteonu nie wolno wyjechać z Rzymu. Szczerze? Nie zachwycił mnie nawet w połowie tak jak bazylika św. Jana na Lateranie (stacja metra San Giovanni – linia A). Przepiękny, olbrzymi kościół. Później warto zajrzeć jeszcze do Scala Santa, po drugiej stronie ulicy. Kościółek, w którym mieszczą się tzw. Święte Schody (właśnie Scala Santa). Dla ambitnych – wejście schodami z przodu, ale – uwaga – na kolanach. Na każdy schodek przypada osobna modlitwa (można nabyć w „Informacji” przy wejściu. Są nawet wersje po polsku!). Dla leniuszków są tradycyjne schody kawałek dalej, po prawej.

 Co zrobić, gdy macie już dość latania po kościołach i ruinach
Polecam gorąco leniwy spacer, leżing na kocyku lub jednodniowy piknik (gdy spędzacie w Rzymie trochę więcej czasu) w parku pomiędzy Viale delle Terme Di Caracella a via Della Navicella. W parku tym są tylko lokalsi, turyści tam nie docierają. Nad głowami papużki, dookoła trawy zielone, palmy wysokie, przyjemny chłodek. Spacer można zakończyć w kościele św. Grzegorza Wielkiego (Santi Andrea e Gregorio al Monte Celio) – po wejściu do środka traficie na dziedziniec, na którym prostota schodzi się z ciszą i spokojem. Jest przyjemnie. Kościółek przyklasztorny mieści się na wzniesieniu. Z jasnych, obdrapanych schodów roznosi się widok dość jednostajny – w większości na liczne sosny pini (nazywane przez moją towarzyszkę podróży „puszkami”) odgradzające wzgórze od Palatynu – ale widok ten uspokaja.

Jak nie stracić dłoni będąc w Rzymie?
Nie kłamać. Przy Piazza Bocca Della Verita można sprawdzić jacy z nas kłamcy. W małej, niesamowicie skromnej i surowej bazylice Santa Maria In Cosmedin znajdują się Usta Prawdy – Bocca della Verita. Chodzi plota, że jak się wsadzi łapę w usta i skłamie, to Bocca Della Verita odgryzie rękę. Chętnych do sprawdzenia ploty sporo, ale kolejka schodzi szybko jak na standardowy, turystyczny „top spot” w hiper turystycznym mieście. Kawałek dalej warto zobaczyć Ponte Rotto – fragment nieistniejącego dziś mostu (obok Ponte Palatino). Ruiny są porośnięte krzakami, ale robią wrażenie.

Muzea Kapitolińskie
Tutaj trzeba zostawić plecaki w przechowalni (za darmo). Bilet wstępu: normalny w cenie 13-15 euro (bilet łączony). Do zwiedzenia dwa budynki. Zbiory ciekawe, byle nie na głodniaka! Moją szczególną uwagę przykuły różnego rodzaju rzymskie nagrobki, znajdujące się w osobnej sali w podziemiach muzeum (tak naprawdę podziemia te łączą oba budynki muzeów) oraz sala pełna popiersi. Gdy będziecie w salach z głowami, zwróćcie uwagę z jaką drobiazgowością wyrzeźbione są te głowy, jak wyraziście zostały odnotowane rysy twarzy i cechy szczególne pierwowzorów. Nie znajdziecie dwóch takich samych głów!
A w podziemiach mieści się wyjście na taras, z którego rozciąga się piękny widok na Forum Romanum – z zupełnie innej perspektywy. Wspominam o tym, bo niewiele osób tam trafia. A warto!

Profiteroles – czyli nie tylko tiramisu może przyprawić o kulinarny orgazm
Przewodniki, blogerzy, przyjaciele powiedzą – spróbujcie tiramisu! Ja też to powiem, ale dodam jeszcze: zgrzeszcie jedząc także profiteroles. Profiteroles to włoskie ptysie wypełnione kremem i oblane czekoladą. Niebo w gębie!

Hop On Hop Offy
Każde szanujące się, duże turystyczne miasto oferuje objazdowe wycieczki na pokładzie dwupokładowych autobusów. Powszechnie mówi się na nie „hop on hop offy” (wsiadasz-wysiadasz). W Rzymie jest „hop on hop offowych” linii kilka: na przykład rzeczony Hop On Hop Off (w różowych barwach), BigBus Rome, Green Line, Vaticana&Rome – Roma Christiana (żółte), Citysightseeing. Od koloru do wyboru. Wszystkie jeżdżą mniej więcej na tej samej trasie. Jedyna wada: trudno znaleźć przystanki – rzadko kiedy są oznaczone w widoczny sposób. Trzeba celować!

Wodopoje
Będąc w Rzymie nie trzeba co chwilę wydawać ciężko zarobionych piniążków na wodę. Wystarczy kupić jedną, a potem uzupełniać zapas w ulicznych wodopojach – właśnie do tego przeznaczonych. Byłam, piłam, sprawdziłam, żyję.

Zwiedzanie po burżujsku, czyli wersja skip the line
Polecam gorąco wykupienie (na przykład na Get Your Guide) pakietu na zwiedzanie – Vaticana Card & Roma Pass. Dlaczego to turystyczna inwestycja życia? Podaję na swoim przykładzie: kupiłam pakiet trzydniowy za około 500 zł. Wydawać by się mogło, że to bajońska suma. Zapewniam jednak, że to cena jaką warto zapłacić za czas, który oszczędzamy na staniu w kolejkach i regularnych biletach wstępu (i kolejkach do kasy po te bilety!). Mój pakiet obejmował: przejażdżki (w dowolnej ilości) autobusem Roma Christiana, zwiedzanie dwóch obiektów z listy (obszernej listy, w tym Forum Romanum i Koloseum) z wersją skip the line (czyli ja wchodzę, a pozostali zapuszczają korzenie przez minimum godzinę – przy dobrych wiatrach!) oraz osobne wejście do bazyliki św. Piotra i wejście grupowe do Muzeów Watykańskich (wejście grupowe, ale zwiedzanie na własną rękę. Tylko tak można tam wejść obchodząc system kolejkowy. Takie zacwaniaczenie. A żeby było ciekawiej to tę zacwaniaczoną grupę wprowadzał sam ksiądz). Polecam pakiet!

Plac Navona
Najpopularniejszy plac w Rzymie. Pełen knajpek, drogich dań, turystów, ulicznych grajków, sprzedawców selfiesticków, a gdy się ściemni – również sprzedawców podrabianych torebek.

Bazylika Santa Maria Maggiore
Kościół z zewnątrz bardzo niepozorny. Uwagę przykuwa bardziej kontrola przed wejściem, kolejka do strażników i barierki odgradzające bezpośredni dostęp do drzwi. Wnętrze jednak jest jednym z piękniejszych jakie widziałam w Rzymie, zdecydowanie zaskakuje nietypowością – zwłaszcza sufit.

Sztuka współczesna na Palatynie
Palatyn to miejsce pełne korytarzyków, ślepych zaułków i poukrywanych tam ciekawostek. Ja na przykład trafiłam na wystawę współczesnej, poukrywaną w kątach palatyńskich ruin.

Koloseum
Z biletem skip the line wejście do Koloseum nie budzi cierpiętniczych spazmów i można znaleźć się w środku już po kilkunastu minutach. Polecam jednak zwiedzanie Koloseum (tak jak Muzeów Watykańskich i Kapitolińskich oraz Forum Romanum) w tygodniu, nie w weekendy.

Campo de Fiori
Dawne miejsce egzekucji – co tu ukrywać. Dziś jednak jest to targ warzywny i kwiatowy, który wieczorami zamienia się w popularne miejsce spotkań.

Rzymska ulica

Ostatni dzień
Ostatni dzień w Rzymie. Na luziku. Po tylu dniach człowiek już tak gnać nie musi – wszystko widział, klimat poczuł, pizzę zjadł… Po czym poznać turystę, który dopiero co przyjechał do Rzymu? Po pędzie z jakim wstaje z łóżka o świcie, choć mózg mu ledwo pracuje, po entuzjastycznym zachwycie z mijanych ruin i odwiedzanych kościołów (żadnego na swej drodze nie przepuści!). Po czym poznać turystę, którego podróż zbliża się ku końcowi? „O, ruiny, gdzie dziś jemy?”, „Byłyśmy w tym kościele? Tak? Acha… O lody!”.
I nie zrywa się już z łóżka jak poparzony.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *