Opinie

Przyjaciele z podróży

Podróże kształcą.
To wie już chyba każdy, a dzieci urodzone w XXI wieku wysysają to z mlekiem matki. Wie każdy, świadomie lub podświadomie, nie każdy z tego korzysta, nie każdy to przyzna. Gdy rzucamy hasłem „podróże kształcą”, mamy przed oczami dalekie krainy, egzotyczne kultury, naukę tolerancji względem ludzi o innej religii, kolorze skóry, historii. Mamy przed oczami nowe kulinarne odkrycia, nową muzykę – dźwięki, smaki, zapachy. Widzimy nieznane nam dotąd style w architekturze, w sztuce, odmienne zwyczaje, zachowania, stroje. Uczymy się tego co było, co stworzono na przestrzeni wieków, co od lat kształtuje ludzi. Uczymy się też tego, co jest stosunkowo nowe, co ma szansę kształtować. I tego, co na obcym gruncie funkcjonuje od dawna, co jest dobre, smaczne, pachnące, przyjemne, i w sumie dlaczego nie zaszczepić tego u siebie, w przysłowiowym ogródku.

Podróże kształcą.
Od dziecka jeździłam. Najpierw z rodzicami, po Polsce, po lasach, górach, nad morze, nad jeziora. Później jeździliśmy dalej: Słowacja, Bułgaria, Węgry. Chorwacja pod namiotami (i to takimi peerelowskimi!). Dziś jeżdżę sama lub z przyjaciółmi. Bez względu na rodzaj podróży i towarzystwo… podróże kształcą.

Im więcej jeżdżę, im więcej odmiennych kultur i historii poznaję, tym bardziej doceniam to, co mam w „swoim ogródku”. Rozmaitość geograficzną (morze i góry) i klimatyczną (od śniegów, po 30-stopniowe upały. Doceniam nawet zimę, choć nie jestem jej zagorzałą fanką), historię – burzliwą, ale dumną; kulturę i tradycje – piękne i barwne. Nawet ludzie – choć marudni i wiecznie niezadowoleni (jako społeczeństwo), to jednak potrafią być wspaniali – tym wyraźniej to widzę, im więcej jeżdżę i im częściej do Polski wracam.

Kilka tygodni temu zrozumiałam, że hasło „podróże kształcą” ma jeszcze jeden, nieoczywisty aspekt. Powinnam to zrozumieć już w maju zeszłego roku, gdy do Warszawy zawitał mój pierwszy Przyjaciel z Podróży, ale widać czasem człowiek potrzebuje dłuższej drogi, by zrozumieć oczywiste.

Podczas wyjazdów poznaję ludzi. Poznaję ich częściej niż w domu, gdzie przygnieciona codziennymi obowiązkami i pędem życia w stolicy, nie mam czasu, energii i chęci do prostodusznego zagadywania ludzi w metrze, w pociągu, w kawiarni. Inaczej jest podczas podróży, gdy po zrzuceniu peleryny codzienności, nagle staję się lżejsza, bardziej uśmiechnięta, wypełniona słońcem i dobrą energią. Wtedy ludzie sami wpadają mi przed nos, rozmowy same się zaczynają. Nie ma problemu z pociągnięciem konwersacji o pogodzie, o owocach, o istocie życia. Śpieszy mi się gdzieś?

Tak poznałam Davida z Walencji, który do Barcelony przyjechał służbowo, na konferencję. Ponieważ jednak na konferencji było nudno, to z niej zwiał i poszedł poszlajać się po mieście. W pewnym momencie znudził się szlajaniem samotnym, więc zagadał do dziewczyny fotografującej kolejne barcelońskie gzymsy. Miała czerwoną chustkę w kropki, więc rzuciła mu się w oczy. I to byłam ja. Razem z Davidem spędziliśmy wspólnie dzień, zwiedzając oraz przerzucając się naprzemiennie opowieściami z naszych podróży i informacjami o naszych krajach. Nic więc dziwnego, że miesiąc później lubiący poznawanie świata David zawitał do Warszawy, gdzie miałam okazję „stanąć po drugiej stronie lady” i dorzucić cegiełkę do davidowego hasła „podróże kształcą”. Z ogniem w oczach oglądał panoramę Warszawy z XXX piętra Pałacu Kultury i Nauki, z przyjemnością kręcił się po zielonych Łazienkach Królewskich (gdy zobaczył rozpostarty ogon pawia prawie oszalał z zachwytu), ze smakiem wcinał pyzy w W Oparach Absurdu. Bigos darowałam hiszpańskiemu żołądkowi, ale wiśniówka wjechać musiała i wjechała w staromiejskim Karmniku pod Gołębiami. Podczas spacerów po Warszawie David odkrywał kolejne typowe i nietypowe zakamarki stolicy oraz zakamarki polskiej kultury, a ja odkrywałam kolejne spojrzenia cudzoziemca, który do tej pory opierał swe wyobrażenia o Polsce tylko na podstawie wyrywkowych relacji znajomych i często politycznie poprzękręcanych medialnych newsów.

David wyjechał z Warszawy zadowolony, uśmiechnięty, dziękując, że mógł zobaczyć jak rzeczywiście Warszawa wygląda. Co prawda, do dziś się dziwi, że w większości polskich restauracji nie ma czegoś takiego jak tap water (bezpłatna woda z kranu), ale wierzę, że przy następnej wizycie zdziwi się, że tap water już jest (halo, polskie restauracje, może warto coś z tym zrobić? Trochę obciach, mówiąc krótko)!

Opowiadam: „W Warszawie pełno jest pomników z mieczami albo karabinami. Mamy dużo walecznych pomników. Cóż, waleczni my”.

Kilka miesięcy temu Warszawę odwiedziła Sarah. Sarah jest z Boudler w stanie Colorado w USA. W Europie spędzała swój gap year, przysposabiając się po mału do nauki w collegu. Sarę i jej tatę poznałam podczas podróży do Azji. Podróżowali po Tajlandii i Kambodży, za punkt docelowy mając małą wioskę w Wietnamie, gdzie mieli budować domki dla lokalnej społeczności w ramach działalności swojego stowarzyszenia. Pierwszy raz spotkaliśmy się w rezerwacie dla zwierząt Wildlife Friends Foundation Thailand. Bardzo nam się przyjemnie rozmawiało, więc wymieniliśmy się kontaktami, nie wierząc za bardzo, że dane nam będzie spotkać się ponownie. Tymczasem los zaskakiwał nas jeszcze cztery razy! Kolejny raz trafiliśmy na siebie na pomoście przy jednej ze świątyń w Angkor, w Kambodży, trzeci raz przy jeszcze innej świątyni, czwarty w samym sercu Siem Reap, a piąty na lotnisku! Spotykać się przypadkiem aż cztery razy? To znak z nieba!

Po tych znakach Sarah postanowiła odwiedzić Polskę. Uwzględniła ją na swojej mapie podróży. Najpierw zawitała do Krakowa, później do Warszawy.

Oprowadziłam Sarę po tych samych miejscach, po których spacerowałam z Davidem, a jednak wrażenia Sary, jak i moje refleksje na temat oprowadzania, były inne – nowe, świeże. Mogło być mi nudno, w końcu znów mówiłam to samo, te same dygresje, te same historie, te same fakty. A jednak inne, bo Sarah była innym odbiorcą, inne miała spostrzeżenia i uwagi. Najciekawsze w tych wycieczkach po Warszawie z Przyjaciółkami z Podróży jest porównywanie dwóch światów: świata mojego i świata oprowadzanej osoby. Zależności i różnice pomiędzy naszymi światami. Wady i zalety obu. Rzeczy do zmiany, rzeczy, które można przeszczepić na lokalny grunt, które mogą ubogacić drugą kulturę.

Sarah wyjechała z Warszawy równie ucieszona i zadowolona co David, z nową garścią smaków (pierogi! Pyzy! Bigos! Wiśniówka! Pigwówka!), widoków, zapachów, spostrzeżeń.

Sarah poznałam w Tajlandii, w Wildlife Friends Foundation.

Ja tymczasem pozostałam w mieście z nową garścią wiedzy na temat życia, historii, realiów w jej kraju. Bo realia te są odmienne od tych prezentowanych w mediach. Będę to powtarzała do upadłego i zawsze. Nic tak nie kształci jak podróż. Nic nie daje tak obiektywnego spojrzenia na daleki świat jak podróż. Nic tak nie uczy tolerancji, obycia, jak podróż. Nic tak nie ujawnia wielkiej wartości własnego kraju, jak podróż (zwłaszcza zagraniczna). I najważniejsze (przynajmniej dla mnie): nic tak nie uwalnia, nie daje poczucia wolności – jak podróż.

Przede mną kolejne bujne plany podróżnicze, kolejne bilety lotnicze do zarezerwowania, dania do zjedzenia, muzyka do wysłuchania, no i ludzie do poznania! Ilu ludzi podczas tych podróży spotkam? Ilu namówię na wizytę w Polsce, w Warszawie? Ilu, będąc u mnie, pokaże mi coś w moim własnym mieście, czego nie dostrzegałam? Zacieram ręce.

Podróże kształcą, nawet te we własnym ogródku.

David na tle mojej pocztówkowej ściany.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *