Francja,  Podróże

Paryski wywczas

Gdy zdecydowałam się na spontaniczny wypad do Paryża, do głowy mi nie przyszło, żeby zapisywać dokładnie wszystkie „dotknięte” doświadczenia, wrażenia, emocje. Moje świadome podróżowanie dopiero raczkowały, więc jechałam wierząc święcie, że wszystko spamiętam! W związku z tą moją frywolnością (zawodna niestety) sporo wywietrzało, umknęło i nie wróci więcej. Dlatego też „paryskie opowieści” będą nieco przetrzebione i zdawkowe, będą raczej zbiorem wyrywkowych rad, które mogą przydać się każdemu podczas jego pierwszego, spontanicznego wypadu do miasta małej, rudej Madeleine w żółtym płaszczyku.

Nocleg
Jeśli szukacie sprawdzonego i niedrogiego hostelu – polecam Woodstock Hostel na rue Rodier 48. Zlokalizowany w bliskim sąsiedztwie klimatycznego Montmartru, metra i Moulin Rouge, z pyszną kawą na śniadanie i ogródkiem, w którym po całym dniu zwiedzania można się wyluzować, rozprostować nogi, odetchnąć ciszą, jakiej próżno szukać w okolicach paryskich „top spotów”.

Lot i transport z lotniska
Loty do Paryża są dość częste i w miarę tanie – można złapać lot nawet od 200 zł w obie strony. Oczywiście najlepsze okazje są w najmniej obleganych terminach: poza wakacjami i długimi weekendami, a także w środku tygodnia.

Udając się do Paryża możemy wylądować na jednym z dwóch lotnisk: Charles de Gaulle oraz Beauvais Tille. Mi przypadło to drugie, obsługujące mniejsze samoloty, z reguły tańszych linii. Dojazd z Beauvais do Paryża może odbywać się na kilka sposobów:

– autobusem z lotniska do miasteczka Beauvais, a następnie pociągiem do Paryża,
– autobusem prosto z lotniska (podróż trwa ok. 75 minut)

I jak twierdzą internety są to wersje najtańsze, dochodzi jeszcze najdroższa wersja – taxi.
A ja Wam powiem, że jest jeszcze jeden sposób, wypłukujący z naszego portfela zaledwie 13 euro w jedną stronę, a pozwalający wrzucić walizkę do bagażnika, rozsiąść się wygodnie na czystych kanapach kameralnego busika i dotrzeć do centrum Paryża – Port Maillot. Za 20 euro można dojechać pod same drzwi hostelu (na terenie Paryża), ale jak to bywa w polskich firmach – wszystko jest możliwe – ja zapłaciłam 13 euro jak za dowóz na Port Maillot, a wysiadłam w pobliżu rue Rodier. A dodatkowo miałam wycieczkę krajoznawczą.

Dojazd z lotniska obsługiwany przez Polaków: dojazddoparyza.pl

Nie jechałeś metrem, nie byłeś w Paryżu!
Możecie nie być fanami komunikacji miejskiej i zwykle poruszać się na pokładzie własnej, domowej limuzyny, ale wycieczka nie jest pełnowartościowa jeśli nie zaznacie jazdy autobusem/tramwajem/metrem odwiedzanego miasta. Metro paryskie to dziadek z siwą brodą (uruchomione w 1900 roku!). Do tego posiada stację najbardziej ruchliwą (na świecie) pod względem nitek linii i pasażerów w jednym miejscu (stacja Chatelet – Les Halles). Na marginesie: wysiadłam tam udając się do centrum Pompidou. I pomimo posiadania genetycznego GPSa w tyłku nie było mi łatwo się stamtąd wydostać.
Metro paryskie ma 16 linii, 302 stacje: działające oraz tak zwane stacje-widma – zamknięte, które widać tylko z kolejek. Są nawet organizowane wycieczki szlakiem metra (bo paryskie stacje mają rozmaite odsłony. Na przykład stację Louvre-Rivoli zdobią reprodukcje prac Luwru).
Inna ciekawostka: stacja Abbesses jest najgłębiej położoną stacją. To na niej kręcono sceny „Amelii”. Metro paryskie ma stacje wąskie, niskie. Wyjścia skrzypią, drzwi skrzypią, wagony trzeszczą podczas jazdy i zarzucają przy zakrętach. To metro naprawdę jest stare…

Rada: stojąc na przystankach i na platformach metra zdejmujcie plecaki i trzymajcie je z przodu. Złodziejaszkowie są tak cwani i szybcy, że nawet nie poczujecie, gdy Wam wypirzą wszystko ze środka. Panie z którymi podróżowałam z i na lotnisko miały taką przygodę już pierwszego dnia. Na szczęście historia zakończyła się happy endem (czyli rzezimieszkiem spłoszonym i zwiewającym z pustymi rękami).

Luwr z rana jak śmietana
Teraz trochę o jednej z najbardziej oklepanych, ale jednocześnie wartych odwiedzenia atrakcji Paryża. Jeśli wybieracie się do Paryża latem i chcecie odwiedzić Luwr – liczcie się z długimi kolejkami, zapchanymi korytarzami, Wenus z Milo prezentującą się tylko z daleka i skwarem lejącym się na odsłonięty plac przy wejściu do muzeum. Ja, po uprzednim podpytaniu obsługi Luwru, wybrałam się tam rano. Muzeum otwierają o 9:00. Byłam na miejscu o 8:40. W kolejce byłam może pięćdziesiąta – co jest dobrym wynikiem. Zagranie było trafne. Gorąc nie zdążył się jeszcze rozkręcić, ja byłam świeża, najedzona, po kawie. Dziesięć minut po 9:00 dreptałam już w środku.

Rada: przed ruszeniem na wystawy odwiedźcie toaletę.
Rada nr 2: nie zapomnijcie mapy z planem budynku! Rozdają w Informacji.
Kolejna zaleta zwiedzania Luwru przed godziną 10:00 – można jeszcze poruszać się krokiem zamaszystym. Po 10:00 wszyscy drepczą już jak gejsze. W kolejce pełnej ludzi z aparatami…

Dygresja. Jaki jest sens robienia zdjęć obrazów? Ludzie rozbijają się łokciami, żeby tylko podejść do sznurka oddzielającego ich od Mona Lisy i przez kolejnych 10 minut strzelać fotki samego obrazu. Przecież to wszystko obfotografowali już zawodowcy, profesjonalnymi aparatami, a efekty umieścili w ogólnodostępnych, kolorowych albumach i w Internecie… Więc po co? Rada: stojąc przed obrazem odłóżcie aparat. Rozluźnijcie się, przybieżcie wygodną postawę, wpatrujcie się w płótno z daleka i z bliska, spędźcie przed nim 15 minut lub 15 sekund – jak Wam wygodniej. Prawdopodobnie widzicie oryginał raz w życiu. Napatrzcie się na niego przez soczewki własnych oczu, a nie aparatu czy smartfona. Ja osobiście lubię robić zdjęcia ludzi robiących zdjęcia. To bardziej zachowanie atmosfery spod obrazu niż samego obrazu. Koniec dygresji.

Mona Lisa ma własną ścianę
Otoczona innymi obrazami (żaden nie ma własnej ściany), ochroną i przytłoczona grubym szkłem zerka na dzikie tłumy, które prawie zadeptują się by zrobić jej zdjęcie. Turyści inne obrazy tylko smyrają przelotnym spojrzeniem.

Mona Lisa jest mała – to największe zdziwienie jakie człowieka dopada, jeśli na co dzień ma związek ze sztuką jak ja z połowem ryb w Amazonce. Gdyby Leonardo da Vinci wiedział jak ciężko będzie dojrzeć jego dzieło w tłumie weekendowych turystów z nikonami i canonami, namalowałby Mona Lisę wielkości matejkowego Grunwaldu i ulżył ludzkości. Facet o takim umyśle nie mógł być złym człowiekiem. Na pewno wziąłby pod uwagę nasz komfort!

Krótka historia o Wenus z Milo
Wenus z Milo faktycznie nie ma rąk. Na pewno. Sprawdziłam. Na szczęście jest większa od Mona Lisy, więc z daleka dojrzałam.

Pamiątka z wyjazdu
Polecam na pamiątkę album o „zawartości Luwru”. Sprzedają w muzeum bardzo eleganckie przewodniki-albumy. Małe z podstawowym spisem dzieł w cenie ok. 8 euro oraz duże, rozbudowane za 19 euro. Kwota spora, ale warta wydania. To też pamiątka – znacznie wartościowsza i praktyczniejsza niż metalowa wieża Eiffla przeznaczona wyłącznie na mieszkanie dla kurzu.
Pamiętajcie też, że Luwr to nie tylko Vinci, Milo czy nawet mój ulubiony Delacroix. Luwr to także kilkutysięczna historia Grecji, Egiptu, Rzymu… W salach z pozostałościami tych kultur panują pustki. Mało kto tam dociera. Tymczasem sale te to odkrywanie podstaw naszej kultury. W dodatku jest tam tak cicho i spokojnie – idealne miejsce na złapanie oddechu z dala od tłumów.

Muzeum d’Orsay
Po drugiej stronie Sekwany jest drugie muzeum, absolutnie warte odwiedzenia – Muzeum d’Orsay. Stworzone w gmachu dawnego dworca (co nadało całości rewelacyjnej odsłony), prezentuje dzieła lat 1848-1915. Znajdziemy tam Moneta, van Gogha, Maneta, Bernarda, Cezanne’a, Renoira, Couture’a i wielu innych. Jeśli kolejka do Luwru Was przytłacza, skoczcie do d’Orsay! Jeśli macie czas po Luwrze – idźcie do d’Orsay (albo najlepiej wróćcie tam następnego dnia, żeby w głowach Wam nie chlupotało od nadmiaru tego wszystkiego). Jeśli nie macie czasu, to go znajdźcie i idźcie do d’Orsay!
Ale uwaga: muzeum zamknięte w poniedziałki!

Montmartre
Robiąc research przed wyjazdem, słysząc że gdzieś nie warto pójść, bo nieciekawie, bo niebezpiecznie – weźcie to pod uwagę, ale… po przyjeździe zweryfikujcie. Czytałam kilkakrotnie na blogach, słyszałam od znajomych którzy słyszeli od znajomej znajomego, że wokół Sacre-Coeur jest niebezpiecznie, zwłaszcza dla samotnej osoby. Że Montmartre znajduje się w jednej z trzech dzielnic dość niebezpiecznych. Może. Ale ja zeszłam Montmartre w niedzielę, między 8:00 – 10:00 i nie spotkałam ani jednego niebezpieczeństwa. Pewnie jeszcze spało…
Może to kwestia pory i dnia. Jeśli tak, idźcie tam o tej porze! W niedzielę – spokój, cisza, prawdziwy paryski czar. W dodatku Montmartre przy pięknie wschodzącym słońcu aż prosi się o sfotografowanie każdej kamieniczki i każdego schodka. I przyjemnie jest słyszeć zachęcające, ale nienachalne bonjour z ust kelnera, bez pośpiechu rozstawiającego kawiarniane krzesełka.

A teraz wieża. Symbol Paryża. Must see
Wieża Eiffla sama w sobie musi być zobaczona. Ale spokojnie wystarczy z zewnątrz. Nie wiem jak jest poza sezonem, ale w sezonie wejście na wieżę to koszmar z ulicy Wiązów. Pól Marsowych nie widać spod ludzkich ciał. Krzyki, głośna muzyka, a pod samą wieżą kilometrowe kolejki: do kas, do wejścia na 2. piętro, do kas po bilet na 3. piętro, do wejścia na 3. piętro, do zejścia… Jeden dzień wyjęty z życia. Latem dodatkowo czeka stanie w pełnym słońcu. Może to kwestia mojej niechęci do masówki (masowy zwyczaj picia szampana na Polach Marsowych, porównywalny do zwyczaju palenia papierosa podczas koncertów Marcina Świetlickiego – nie zapalić podczas takiego koncertu to zbrodnia! Nie napić się na polach to grzech! A idźcie…), a może tam faktycznie ten paryski czar zamarł. Trzeba jednak wieży przyznać – zgrabnie się prezentuje i z daleka, i z bliska. Oprócz kolejek wieża ma jeszcze jedną wadę: city view . Otóż z wieży nie widać wieży. A co to za widok Paryża bez wieży?
Ciekawostka: na szczycie wieży znajduje się „apartament” samego Eiffla. Przyjmował tam swoich gości. Pokój zachował się od czasów Eiffla w niezmienionym kształcie. Pomieszczenie nie jest udostępniane zwiedzającym. Szczerze? I dobrze. Byłaby nowa kolejka…

Jak nie popłynęłam statkiem po Sekwanie
Po ominięciu wszystkich kolejek (szerokim łukiem) i zignorowaniu polecenia znajomych i przewodnika, aby wejść na wieżę, udałam się w stronę Sekwany. Popłynę sobie na godzinny rejs – myślę. A co! Do Cite i z powrotem! Figa z makiem.
Czas oczekiwania na dostanie się na statek przyprawił mnie o mdłości. Jak wystrzelona z procy skierowałam się w bok – i ruszyłam na spacer wzdłuż rzeki. I wiecie co? Wyszło lepiej. Nad Sekwaną (lewobrzeżna część) dzieje się mnóstwo zajmujących rzeczy. Gdzie się nie odwrócić, tam pełno energii, żywotności, pasji, zaraz obok błogiego lenistwa. Oprócz knajpek serwujących drogie drinki, pełno leżakujących miejscowych i turystów, grup uprawiających sporty: gimnastyka, jazda na deskorolce, jazda na rowerze, jogging, nawet taniec się trafił. Ponadto: dzieciozabawing i video-na-youtube’a making. Jeśli macie więcej czasu (dobrze go mieć, zwłaszcza po południu), znajdźcie sobie wygodne miejsce z którego prezentuje się widok na najbardziej interesujący Was element krajobrazu (leniwie sunąca Sekwana, mijające przeładowane statki pełne turystów, panowie w obcisłych spodenkach biegający w te i z powrotem, panie w kusych spódniczkach – co tam kto woli) i wyluzujcie. Obserwujcie, wdychajcie lenistwo.

Panteon i Marysia
Znajdujący się w dzielnicy łacińskiej Panteon to „miejsce spoczynku wybitnych Francuzów”. Choć taki opis możemy na szybko znaleźć w internetach, to jednak nie tylko Francuzów możemy w Panteonie znaleźć. Obok Voltaira czy Rousseou pochowana jest tam też … Marysia Skłodowska-Curie! Spoczywa razem z mężem.

Francuz na wywczasie
Sierpień to pora, gdy Francuzi udają się na wywczas. Nie ważne, że pieniądz w postaci turysty wali drzwiami i oknami. Sierpień to wywczas, więc będzie wywczas. Tak więc niech Was nie zdziwią pozamykane hurtem sklepy i restauracje – i to w „turystycznych” miejscach, jak choćby St. Germain! Dodatkowo niedziela to dzień święty, a dzień świąteczny trzeba święcić. Wiele miejsc jest wtedy pozamykanych, o znalezieniu czynnej poczty nawet nie wspomnę.

Mały Napoleon w wielkim grobowcu

Napoleon Bonaparte był niskiego wzrostu, ale wielkiej osobowości. Do tego drugiego dostosowano jego nagrobek/sarkofag, w którym spoczęły prochy Napoleona przywiezione z Wyspy Świętej Heleny. Nad sarkofagiem stanęła budowla bazylikowa z kopułą adekwatną do wielkości sarkofagu. Grób Napoleona znajduje się na Les Invalides.

Kilka innych miejsc nie do przepuszczenia:

Katedra Notre-Dame
Otoczona masą ludzi, skwiercząca w palącym słońcu i przytłoczona dźwiękami krzyczących dzieci, marudzących, zmęczonych turystów, policyjnych gwizdków i ogólnego gwaru. Niestety, tak ją zapamiętam.

Z daleka za to wyglądała znacznie bardziej atrakcyjnie. I spokojniej.

Opera Garnier
Można zwiedzać. Warto jednak uzbroić się w bilet zakupiony online oraz dużo cierpliwości. Kolejki spore.

Centrum Pompidou
Czyli muzeum sztuki współczesnej i miejsce tymczasowych wystaw (ja miałam okazję trafić na wystawę fotografii Walkera Evansa).

Pałac Luksemburski wraz z ogrodem
Ogród Luksemburski na pewno nie jest miejscem, gdzie można szukać wytchnienia od tłumów. W okresie wakacyjnym Ogród to definicja tłumów. Ale za to pięknie prezentuje się Pałac – zwłaszcza w pełnym słońcu!


Warzywniaczek Pana Collignone
Czyli punkt na filmowej mapie Paryża. Dla fanów nieśmiałej paryżanki Amelii. Warzywniaczek mieści się na Montmartrze i miałam okazję znaleźć go wczesnym rankiem. Ani jednego człowieka na ulicy! Cisza jak makiem zasiał. Brakowało tylko kotów buszujących po blaszanych koszach na śmieci…

 Moulin Rouge i okolica

Gram paryskiego street artu

Paryż nie należy do miast, które przyjęłam z niemym, ślepym i masowym zachwytem. Jak dla mnie jest to zbyt zatłoczone, zaśmiecone i zaniedbane miasto. Jakby już swoje przeżyło. Piękne obiekty-perełki przeładowane turystami, piękne parki zbyt zagęszczone – paryski czar zanika w sezonie letnim. Jeśli chcecie zobaczyć Mona Lisę może spróbujcie pojechać tam w listopadzie, lutym (poza Walentynkami. Tylko mogę sobie wyobrażać, co tam się dzieje w tym dniu pod wieżą Eiffla…). Jeśli chcecie zobaczyć panów w obcisłych spodenkach lub panie w kusych spódniczkach nad Sekwaną – wybierzcie czerwiec, wrzesień. Sądzę, że wtedy może być swobodniej.

Pomimo wielu skrzywień na mojej twarzy, Paryż przywołał też sporo uśmiechu, podziwu (zwłaszcza dla zgromadzonej tu sztuki), melancholii i nostalgii (nad warzywniaczkiem pana Collignon!). Przede wszystkim jednak odczułam satysfakcję i zadowolenie: że Paryż zobaczyłam, odwiedziłam, i że z Paryża wracałam. Niemniej jednak chętnie tam jeszcze wrócę – żeby wleźć na Sorbonę, zwiedzić muzeum Marysi, sprawdzić jak to faktycznie pachnie w Wersalu. Może o innej już porze roku – z nadzieją, że jednak paryski czar istnieje gdzieś jeszcze poza Montmartrem przed godziną 10:00, a jego niedostrzeżenie podczas pobytu to tylko moja niedoskonałość paryżowego świeżaka.

Au revoir!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *