Tajlandia

Wyspa bezludna – Koh Jum

Koh Jum. Tajemnicza wyspa skryta w cieniu popularnej Koh Lanty. Wyspa, na której nie ma porządnej, utwardzanej drogi (a tym samym nie ma samochodów, są tylko skuterki), gdzie z jednego krańca na drugi można przedostać się w kilkanaście minut, a prąd doprowadzono w 2009 roku! Wyspa kilku rybackich wiosek, około dwudziestu turystycznych noclegowni, kilku pięknych plaż i… baaaarów jak z filmu. A, i najważniejsze – w kontekście masowej turystyki Koh Jum to wyspa bezludna.


Na Koh Jum – lub Koh Pu, jak nazywają wyspę mieszkańcy północnej części – można dotrzeć drogą wodną: najpierw na pokładzie dużego promu, a później pierdzącą łódką (dlaczego pierdzącą? O tym wspominam w relacji z Ao Nang). Prom nie cumuje bezpośrednio przy brzegu wyspy. Zatrzymuje się pośrodku morza i tam następuje przesiadka do pierdzącej łódki.

I my przesiadamy się do łódki – lekko skonsternowani, bo choć prom pełen jest turystów, nikt nie rusza się z miejsca, tylko my. Nie ma chętnych? Hm. Gdy łódka zaczyna pruć przez morskie fale i rozwiewać włosy, zaczynam zastanawiać się, czy ci wszyscy turyści, którzy zostali na promie nie postradali przypadkiem rozumu. No bo przecież zmierzamy ku wyspie, dookoła pustka, tylko my! Zapowiada się miła odmiana po skomercjalizowanym Krabi…

Łódka zwalnia. Pierdzi coraz ciszej. Zatrzymuje się. Ale zatrzymuje wcale nie przy samym brzegu. Nie przy pomoście, ani niczym podobnym. Tu nie ma żadnych pomostów! Tu nie ma niczego! Wskakujemy z łódki i zatapiamy nogi w wodzie po kolana. Plecaki wysoko, brniemy do brzegu.
Odwracamy się. Łódka odpływa.

Wychodzimy z wody jak Afrodyta z piany. Pośrodku pustej plaży usłanej muszlami jak ze sklepu z dekoracjami, przed sobą mając ścianę gęstych drzew i gdzieniegdzie migające drewniane ściany domków letniskowych. NIE MA LUDZI. Rozglądam się. Czekam aż z lasu wypadnie spłoszony Jack Sparrow, a za nim tabuny kanibali.

Wierzyć mi się nie chce, że po zatłoczonym Ao Nang i na wskroś turystycznej Railey Beach udało się znaleźć tak odludne miejsce. Koh Jum okazuje się cudem, którego nie zdeprawowała jeszcze turystyczna stopa. Jest sporo bungalowów dla turystów, od drewnianych domków, gdzie jedyna klima jest jak sobie człowiek podmucha, po eleganckie chatki na balach. Jednak większość z nich stoi pusta.
Znajdujemy nasze domki. Po zostawieniu w nich plecaków, udajemy się na spacer po plaży. Jest popołudnie. Nikt z nas nie przeczuwa, że po wielu przygodach znajdziemy się w domkach dopiero… nad ranem.

Zachwyceni ciszą, brakiem ludzi, szumem morskich fal i całymi garściami przepięknych muszelek, wędrujemy swobodnie przed siebie. Z błogością wbijamy bose stopy w piasek.
Nikt z nas nie myśli, aby odwrócić się i zanotować w głowie jakiś punkt rozpoznawczy prowadzący do naszej chatki. Jakieś charakterystyczne drzewo, kamień, huśtawkę, albo napis. Patrzymy przed siebie. Niby drobiazg, ale kluczowy w dalszej części opowieści.

Spacer plażą nie przestaje mnie zadziwiać. Jest tak cicho, spokojnie. Nie gra muzyka, nie krzyczą dzieci, nie wygłupiają się dzieci-dorośli. Co prawda rzucają się w oczy śmieci zalegające przy plaży – pierwsze zetknięcie z pozainstagramową rzeczywistością egzotycznych wysp.


Schodzimy z plaży i wspinamy się po kurortowych schodkach. Nie mamy określonego celu, po prostu idziemy przed siebie. Lasem docieramy do ulicy, pustej i odludnej. Później do eleganckiego (jak na kohjumskie standardy) sklepu z ubraniami (wtf?), a następnie pojawiają się domki mieszkalne. W jednym z takich domków znajdujemy restaurację, gdzie uradowana gospodyni serwuje nam zamówienia, a potem siada po drugiej stronie tarasu i z całą rodziną przygląda się nam z wyczekiwaniem. Gdy widzi, że nam smakuje, raduje się jak ucieszone dziecko. Wszyscy są uśmiechnięci, życzliwi, pomocni. Nie jesteśmy pierwszymi turystami od miesiąca, bo na drodze pośrodku lasu spotykamy innych, choć rzadko, niemniej jest nas tu na tyle mało, że wzbudzamy mini sensacje. I zadowolenie – w końcu przynosimy pieniądz i odrobinę urozmaicenia w monotonnej codzienności.
Po wypiciu koktajli i zjedzeniu zamówionych dań, ruszamy dalej, wciąż przed siebie. Nikt nie myśli o powrocie, nikt nie myśli co będzie dalej. Chłoniemy teraźniejszość.
Ulica jest jedna. Prawie bezludna, a otacza ją życie: „stacje benzynowe”, „supermarkety”, domy. Podobno w tej wiosce jest jeden sklep. Bierzemy go za cel.
Ciekawym zjawiskiem są stacje benzynowe – drewniane stoiska, jak te na targach, lub zwykłe półeczki, na których stoją szklane i plastikowe butelki pełne… benzyny. To samo zjawisko spotkam później w Kambodży.

Po drodze widzimy napis: jam session w barze nieopodal. Oczy nam się świecą. Decydujemy się dołączyć. Mamy trzy godziny do startu imprezy. Musimy go spożytkować właściwie – w towarzystwie najwłaściwszym: rumu. Odnajdujemy jedyny we wsi sklep i nabywamy rum. Kierujemy się na pobliską plażę. Zero ludzi, jedynie pies samotnie obserwujący zachód słońca. Chłoniemy rum i zapadający mrok (który w końcu przemieni się w całkowitą ciemność i drogę oświetlać nam będą tylko nieliczne lampki pustego kurortu). Kąpiemy się w morzu razem ze świecącym planktonem, który w opowieściach jest malowniczy, ale w rzeczywistości oprócz malowniczości dodałabym jeszcze jeden przymiotnik: wredny. Bo świecący plankton rodem „z instagramowych” zdjęć nie tylko pięknie wygląda, ale też atakuje i podgryza!

Gwiazdy wychylają się śmiało zza chmur. Idziemy na jam sesson.

Co sobie wyobrażałam czytając napis jam session, w barze pośrodku wioski na odludnej wyspie Koh Jum? Na pewno nie wyobrażałam sobie drewnianego baru, gdzie zamiast podłogi jest piasek, zamiast krzeseł pocięte drewniane pnie, zamiast czujnego barmana, barman wyluzowany z jointem w ręku, a zamiast zespołu samotny rasta Taj z długimi ciemnymi jak noc włosami, w kamizelce jak rasowy pirat i z piosenką o marihuanie na ustach!

Fot. by Paula Żdan
Fot. by Paula Żdan

Otwieramy imprezę. Razem z nami w knajpie bawi się jeszcze kilkoro turystów. Wszyscy wyluzowani znacznie bardziej niż turyści na Ao Nang. Nikt się nie przejmuje czy bikini dobrze leży, czy cycki zgrabnie się eksponują, czy już pora na przebranie się i ruszenie na podbój jakiegoś parkietu. Tu nie ma pory, nie ma zegarka, tu się chłonie teraźniejszość. Każdy mógł wejść na scenę i potowarzyszyć rasta Tajowi. Dziś nie potrafiłabym zanucić ani jednej, zagranej wówczas piosenki. Pamiętam jednak doskonale rytm wybijany przeze mnie o pień, uczucie całkowitego zrelaksowania, wpełzające do każdego nerwu i mięśnia, całkowity bezstres. Około północy imprezę zamykamy i wychodzimy na ulicę. Najlepszy jam session w życiu!
Noc w pełni, do wody droga nieznana, do domków droga nieznana i wtedy właśnie zaczyna się powrót przez krzaki, kurorty, zarośnięte schodki, przez zalane plaże. I wtedy też okazuje się, że nikt nie zanotował sobie charakterystycznego szczegółu będącego drogowskazem do naszych bungalowów! Nikt nie wpadł też na to, że ciemność na Koh Jum będzie inna od ciemności w bardziej zaludnionych rejonach świata. Że ciemność na Koh Jum będzie ciemniejsza!
Noc na Koh Jum była największym wybrykiem w mojej podróżniczej karierze jak dotąd. Wędrowaliśmy we trójkę pomiędzy północą a trzecią nad ranem. Przez zalane plaże Koh Jum, nad głową mając tylko gwiazdy, ciemność przed oczami, pod stopami wzburzone fale przypływu odbijające się niebezpiecznie o nasze nogi i o ostre skały. Ten przypływ to w ogóle nas bardzo zaskoczył… Przez chwilę miałam myśl: to się może skończyć nieprzyjemnie (albo wyląduję z rozbitą głową wśród wzburzonych fal, albo będę musiała czekać na tych skałach do rana i odpływu – a ja przecież byłam taka śpiąąąca!).
Nie przedarliśmy się przez skały i przypływ. Dotarliśmy do domków dopiero trzy godziny później, okrężną drogą (i to przebytą dwukrotnie, bo jak się okazało staliśmy już przed naszymi domkami, ale w ciemności nikt ich nie rozpoznał…). Po drodze była jeszcze pinacolada w barze przy plaży, a także rozmowa z Polakiem z Czech lub Czechem mówiącym po polsku. Kto by to spamiętał… Zwłaszcza po rumie, piwie i nieudanej przeprawie przez atakujące morze.

Podczas tej nocy jedno z nas straciło rękaw bluzki i tenisówki, drugie telefon, ja w zasadzie najmniej – tylko wykąpałam sobie buty i sponiewierałam kapelusz. Nad ranem obudziły nas skaczące po dachach małpy, wędrujące po skórze mrówki (jak one wlazły pod moskitierę?!) i kac wielkości całego Koh Jum.
Ale warto było!
Zwłaszcza, że rano czekały na nas: pyszne tajskie żarcie w knajpie z widokiem na spokojne już i grzeczne morze, pusta plaża i cisza…

Wypad na Koh Jum był spontanicznym strzałem w dziesiątkę. Haustem świeżego powietrza po dusznych i wypchanych ludźmi top spotach na Krabi. Jeśli poszukujecie miejsca, gdzie ma być cicho, naturalnie, spokojnie, gdzie zbierzecie myśli lub pozwolicie wszelkim myślom odfrunąć – Koh Jum to właściwy kierunek!

Czy kiedyś tam wrócę? Nie. Dlaczego nie? Bo przeżyłam tam na tyle niesamowite przygody, że każda następna podróż w to miejsce będzie bez wątpienia rozwianiem tamtych wrażeń, zabrudzeniem ich nowymi, już mniej ciekawymi. Na świecie mnóstwo jest podobnych miejscówek, które czekają na mnie i które aż się proszą o odwiedzenie (niedawno słyszałam opowieści o podobnym miejscu w Meksyku…). Wam jednak polecam z całego serca odległą wyspę Koh Jum – chociaż na jeden raz!

Edit: poprawiając tę relację i robiąc do niej research stwierdziłam, że jednak kiedyś tam wrócę. Dlaczego? Za sprawą Koh Jum Lodge, które wygląda jak obrazek z mojego marzenia. W tym marzeniu leżę pod palmą z drinkiem w ręku i leżę tak przez tydzień. I nie dzwoni żaden telefon… Raj, moi mili, raj!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *