Recenzja

Migracje – Charlotte McConaghy

Jak daleko jest w stanie zajść człowiek w poszukiwaniu prawdy o sobie? Ile w stanie jest znieść, by wyłuskać z pamięci wytarte, przykryte kurzem, bolesne wspomnienia? Jak daleko posunie się w rozpaczliwej ucieczce przed konsekwencjami swoich decyzji? I na ile ucieczka ta jest pościgiem, a na ile wędrówką ku nowemu…? Od kilku dni usiłuję znaleźć właściwe słowa, w które ubiorę tę recenzję, szczerze i przejrzyście, z tym samym zauroczeniem, jakie towarzyszyło mi podczas lektury powieści Charlotte McConaghy. Nie sądzę, żebym miała zakończyć te poszukiwania z powodzeniem, zrobię jednak wszystko by przekazać tę powieść dalej: światu, czytelnikom, innym wędrowcom – wszystkim, którym bliska jest podróż i bliska jest wolność.

W Migracjach obserwujemy świat w czasie apokalipsy, ujęty w nieco inną formę niż można by się spodziewać po słowie apokalipsa. Daleko jej do pejzaży proponowanych przez Cormaca McCarthy’ego w kultowej Drodze. W Migracjach widzimy stopniowy upadek świata zwierząt, od setek lat poddawanego druzgocącym wyczynom człowieka i cywilizacji. Efektem tych działań jest wymieranie fauny na skalę światową, którego wrażliwym i czułym obserwatorem jest cicha Franny Stone. Nasza bohaterka od dziecka wędruje, robi rzeczy nietypowe dla osób w swoim wieku, nie ogranicza się społecznymi standardami, wychyla się ponad urwiskiem, przepływa rwące rzeki, nie poddaje się prądom. Jest zagubioną, boleśnie doświadczoną samotniczką, która spojrzenie utkwiła w wymierającej dzikiej przyrodzie. To właśnie ona napędza niekonwencjonalne działania Franny i prowadzi do nietuzinkowych sytuacji. Zupełnie jakby bohaterka powieści widziała znacznie szerzej, dalej i głębiej niż ktokolwiek inny. Ten szerszy, bardziej pierwotny horyzont jest nie tylko zaletą, ale i wadą, która wielokrotnie wprowadza Franny w poważne kłopoty.

Powieść składa się z niechronologicznie ułożonych fragmentów dość mrocznego życia Franny, począwszy od ostatnich wspomnień dzieciństwa spędzonego z matką, poprzez niewolne od wzlotów i upadków małżeństwo, a kończąc na rozpaczliwym pościgu ostatnich rybitw popielatych – ptaków, które odbywają najdłuższe migracje. Nie mogłam wyzbyć się wrażenia, że czytając Migracje układam wieloelementowe, barwne puzzle, z których powoli, wdech za wdechem, wyłania się wyrazisty obraz wolności. Bo tytułowe migracje można odczytać na kilka sposobów, zależnych od perspektywy czytelnika. Dla mnie jednak była to przede wszystkim podróż po wolność. Strona za stroną poznajemy – mimo wszystko – malowniczy świat, który wielokrotnie przypominał mi Gdzie śpiewają raki Delii Owens. Wiele jest w tych dwóch opowieściach podobieństw. To, co daje o sobie znać bardzo wyraźnie, to przejmujące uczucie tęsknoty i niewypowiedzianego, zbliżającego się kresu. Migracje to przepiękna, zatrważająca i melancholijna jednocześnie opowieść o świecie, w którym prawie nie słychać już śpiewu ptaków… To obraz świata, w którym „Nie znajdzie się niedźwiedzi na niegdyś lodowej Północy ani gadów na zbyt gorącym Południu, a ostatni wilk na świecie zdechł w niewoli (…)”. A zakończenie? Cóż. Nie sądzę by znalazło się wielu tak nieczułych, by nie uronić choć jednej łzy.

Do tej pory nie miałam okazji poznać bliżej twórczości Charlotte McConaghy. Tym bardziej jestem wdzięczna polskiemu wydawcy za piękną, przyciągającą uwagę okładkę, która – przyznam szczerze – przykuła moje oko w pierwszej kolejności. McConaghy to bez wątpienia utalentowana pisarka, a na jej kolejne publikacje będę wyczekiwała z ogromną niecierpliwością.

Wydawnictwu Czarna Owca bardzo dziękuję za egzemplarz powieści.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *