Tajlandia

Kajaki, fallusy i zamknięta laguna – Krabi

Krabi to jedna z prowincji Tajlandii położona nad morzem Andamańskim. Od Bangkoku oddalona jest o jakieś 780 kilometrów. Można się tam dostać autobusem, pociągiem i samolotem. Najlepiej samolotem, bo szybko i wygodnie, a i cena jest stosunkowo niska. Bilety lotnicze są nawet po 100 zł w jedną stronę. Tanie loty oferuje linia Air Asia (coś jak nasz Wizz Air czy Ryanair, tylko na Azję). Samoloty na Krabi startują z drugiego lotniska w Bangkoku, Don Muang.


Droga z miasta na lotnisko Don Muang była dla mnie ciekawym doświadczeniem, bo po raz pierwszy w trakcie azjatyckiej podróży zetknęłam się z wagonem pełnym lokalsów, nie turystów. Przyjemnie uderzyła mnie wielka serdeczność ludzi względem dwóch młodych turystek. Ponieważ nie do końca wiedziałyśmy, na której stacji wysiąść, zapytałyśmy o to pierwszą osobę z brzegu. Już po chwili do akcji objaśniania drogi włączyli się wszyscy dookoła! Co więcej, gdy dojeżdżałyśmy do naszej stacji, nawet osoby zajmujące odległe od nas miejsca dawały znać, że za moment powinnyśmy wysiąść! Miła odmiana po turystycznych oszustach.
Po niecałych 90 minutach samolot wylądował na lotnisku w mieście Krabi. Stamtąd złapałyśmy shuttle busa bezpośrednio do nadmorskiej miejscowości Ao Nang.

Ao Nang

To miejscowość zlokalizowana bezpośrednio nad morzem, skąd dostać się można na sławną Railey Beach.W Ao Nang mieszka spora społeczność muzułmańska, która żyje głównie z turystyki i widać to na każdym kroku. Liczne hotele, hostele i hoteliki, restauracje, bary, a najwięcej to sklepów z pamiątkami i gadżetami, które nikomu nie są potrzebne, ale które skutecznie przykuwają oko wyluzowanego turysty. Miejscowość jest dla mnie wybitnie rozczarowująca. Porównałabym je do Mielna, tylko w wersji egzotycznej. Głośna muzyka, rażące neony, turyści, którym puszczają hamulce, wysokie ceny, jedzenie niby lokalne, a jednak robione pod turystów.  No i wszechobecny tłok.

Zatrzymałyśmy się na jedną noc w tanim hostelu skierowanym do odbiorcy 18+. Wrażenia jak na koloniach tylko dla dorosłych. Jak ktoś lubi takie klimaty (muzyka do rana, brak hamulców, biegające po korytarzach „dorosłe dzieci” i obsługa niespecjalnie dbająca o sympatyczny wizerunek, to śmiało: Balcony Party Hostel. Na dole hostelu jest kilka imprezowni, a po jednej stronie coś a’la teatr z występami drag queen. Na kolejne dni miałyśmy już rezerwację w rodzinnym hoteliku (The Nine Hotel), który z czystym sercem polecam, bo i warunki przyjemne, i bliskość do różnych obiektów (plaża, łodzie, targi jedzeniowe), a i obsługa przesympatyczna.

Railey Beach

Railey Beach to plaża na półwyspie odgrodzonym od świata skałami. Dostać się tam można wyłącznie drogą morską – na „pierdzących” łódkach (bo pierdzą głośno i strzelają w powietrze dymem spalinowym, trochę zabijając tym urok i czar plażowej scenerii). Railey Beach to dwa światy: świat backpackerski i świat hotelowy-luksusowy. Wysokie skały są rajem dla wspinaczy, a plaże rajem dla fotografów.

Wpis z dziennika: Siedzę właśnie na rajskiej plaży. Siedzę wewnątrz skalnego wgłębienia. Przede mną z błękitnej wody wyrastają skały obrośnięte żywo zielonymi drzewami. Raj. Czysty raj. Byłby. Gdyby nie człowiek. Na plaży pełno ludzi – w tym mnóstwo Polaków i Rosjan. Chyba wszyscy czytamy te same przewodniki i oglądamy te same vlogi.

Na Railey Beach można się dostać pierdzącą łódką za 200 batów w obie strony.
Infrastruktura hotelowo-hostelowa jest na Railey Beach mocno rozwinięta, ale w sposób przyjemny – daje poczucie kameralności. Można się poczuć jak na prawdziwych wakacjach, a nie jak w oblężonym kurorcie.

Princess lagoon i masowa turystyka

Przygotowując wyjazd do Tajlandii słyszałam o lagunie (Princess Lagoon) na Railey Beach, lokalnej atrakcji, którą warto było odwiedzić. Dostępu do niej miała bronić wymagająca skała, po której trzeba się wspiąć na linach. Tyle wiedziałam przed wyjazdem.

Po dotarciu na miejsce okazało się, że: jest stromo, są liny, do tego wszystko (włącznie z linami) pokryte pomarańczową gliną. Jedynej rzeczy, której zabrakło to… laguny! Znak odgradzający wejście na zarośniętą ścieżkę informował, że laguna została zamknięta bezterminowo. Nazwa departamentu natury i konserwacji utwierdziła mnie w przekonaniu, że z laguną stało się dokładnie to samo, co ze sławną Maya Bay (filmowa Niebiańska Plaża) – została zarażona ludźmi! W przypadku obu podjęto drastyczne kroki mające na celu przywrócenie naturalnej fauny i flory. Jedyny sposób: odgrodzić je od masowej turystyki.

Zawiedzione udałyśmy się na pobliski punkt widokowy, z którego rozciągał się zapierający dech w piersiach widok. To musiało nam wystarczyć.

Penisy w skale

Na Railey Beach w jednym ze skalnych wgłębień, czyli w jaskini Phra Nang, znaleźć można małą świątynię. Nie byłoby w tym nic nietuzinkowego, gdyby świątynia nie była wypełniona… penisami. Różnej wielkości, różnych kolorów, z różnych materiałów. Jedna legenda głosi, że w jaskini zamieszkał duch księżniczki-dziewicy, która utonęła podczas rejsu i dziś spełnia życzenia kobiet przynoszących „dary”. Inna mówi, że w jaskini zamieszkała żona rybaka, który zginął na morzu. Legendy legendami, a fakt jest taki, że choć miejsce jest autentyczną świątynią i uprasza się o odwiedzanie jej w stosownym ubraniu, nikt tego nie respektuje. Bliskość plaży i „śmieszność” tematyki przykuwa uwagę głównie ludzi młodych chcących zrobić sobie zabawne zdjęcia (sama miałam okazję zrobić takie trzem, prawie gołym dziewczynom, które zapozowały do zdjęcia… klęcząc przed fallusami).

Jakie słodziutkie małpki…

Na Railey Beach mieszkają małpy. Małpy są do turystów przyzwyczajone, więc bez oporów podchodzą bliżej. Turysta myśli, że to takie słodkie, dopóki małpa z pełną premedytacją nie wyrwie turyście smartfona i nie czmychnie w cholerę. Małpa w śmiech, a turysta w płacz. Tak więc polecam rozwagę. Zwłaszcza, gdy w pobliżu pojawia się małpie dziecko. Dzieci-małpki zawsze mają gorliwych i opiekuńczych strażników 🙂


Targi wieczorne i owoce morza

Ao Nnang mnie ogółem zawiodło, ale znalazłam tam coś, co odczarowało nieco złe wrażenie: targi jedzeniowe. Wieczorny targ jedzeniowy można znaleźć w mieście Krabi (dojazd busem) w piątki i soboty, oraz w samym Ao Nang (mniejsza, ale równie pyszna wersja). Na targu w Krabi sprzedają pyszne, prawdziwie lokalne jedzenie, drinki, owoce, słodycze, a także rękodzieło i nietypowe pamiątki.

Targ jedzeniowy w Ao Nang to mój faworyt, bo tam zjadłam najpyszniejsze małże z czosnkiem w życiu – jestem pewna, że ze dwie godziny wcześniej jeszcze pływały w morzu. Świeże, pachnące, przepyszne! Polecam też samosę z warzywami (na Ao Nang za 20 batów sztuka).

Kajakowe szaleństwo w czasie burzy

Jednego dnia, razem z nowo poznanymi kompanami, Rafałem i Mirką, wybraliśmy się na wspólne kajakowanie. Tego rodzaju atrakcje znaleźć można na Ao Nang na każdym kroku, w „turystycznych budkach”. Są ich dziesiątki, ale i tak wszystkie mają podobne ceny i zdaje się wszystkie prowadzą do jednego źródła… Ceny zależne są od tego, jak dobrze umiemy się targować. Nasze kajaki wyszły od 450 batów za osobę, zatrzymały się na 350 batach. Wyjazd z Ao Nang i przejazd do Ao Thalane zajął około godziny. Podróż na pace ciężarówki, z rozwianym włosem i szumem pędzącego wiatru w uszach.

Kolejne dwie godziny spędziliśmy w kajaku, wiosłując z uśmiechem na twarzach, obserwując niesamowite widoki, falującą wodę, olbrzymie, porośnięte zielenią skały, tysiące uciekających krabów na małej, piaszczystej wysepce (do dziś słyszę w uszach ich małe nóżki wędrujące po piasku), małpy przemykające po drzewach i mieliznach. Kąpiel w lagunie zastąpiła mi kąpiel w tej zamkniętej na Railey Beach i była jeszcze cudowniejsza – bo laguna była pusta, oddalona od świata, malownicza.


Na sam koniec przeżyliśmy coś, czego nie oferowały ulotki. Z początku wydawało się to lekko przerażające, ale koniec końców jest wspomnieniem, które zapamiętam na zawsze i wspominać będę z uśmiechem na ustach – przeżyliśmy burzę na samym środku wody. Grzmoty i błyskawice, lekko wzburzone fale i pośrodku my, zmoczeni do suchej nitki, ale nadal podekscytowani i z piosenką na ustach!

Tajlandia a ekologia

Obie te rzeczy mają ze sobą niewiele wspólnego. Najbardziej rażącym przykładem jest wszechobecny plastik. Plastikowe słomki (w ilości sztuk dwie – na cholerę?!) dodawane są do każdego drinka. Jeśli kupujemy w sklepie butelkowany napój, na przykład coca-colę, z marszu dostajemy dwie słomki (w foliowym opakowaniu!). Do każdego kupionego produktu, nie ważne czy to jedzenie, pamiątka, duże zakupy, czy pojedynczy przedmiot, dodawane są foliowe worki. Czasem rzeczy pakowane są nawet w podwójny zestaw fiolówek (po raz kolejny – na cholerę?!).

Nie jestem ekologicznym świrem, ale w życiu staram się ograniczyć zużycie plastiku w miarę możliwości. Jednak brak świadomości ekologicznej w Tajlandii (i Kambodży także) jest porażający…

Shira – Tajska Adele

Ostatniego dnia pobytu na Krabi, a w zasadzie ostatniej nocy, zupełnym przypadkiem trafiłyśmy do knajpy (chyba był to Green Yellow Red lub knajpa obok), gdzie leciała muzyka na żywo. Ściągnął mnie niesamowity głos… Na skromnej scenie zasiadała młoda Tajka w turbanie i wypuszczała z siebie piosenki z taką lekkością z jaką nie robił tego chyba nikt od czasu Elli Fitzgerald. Towarzyszył jej gitarzysta. Stanowili niesamowity duet.

Zachęcam Was do wysłuchania nagrań z tego mini koncertu – znajdziecie je na moim kanale na YouTube. Wonderland (Oasis), Living next door to Alice (Smokie), Volare (Gipsy Kings), I will survive (Gloria Gaynor), Lazy song (Bruno Mars), Rude (Magic!) – takie hity!

Nagrania zrobione „kalkulatorem”, ze słabą jakością, ale lepsze to niż żadne, lepsze to niż nie wysłuchanie Shiry choć raz!
Spotkanie tej dwójki było dla mnie zaskoczeniem, bo dawali czadu, dawali czadu z lekkością! Shira śpiewała po angielsku i to bez tajskiego akcentu, była skromna, sympatyczna i ciepła. Kompletnie nie zdawała sobie sprawy ze skali swojego głosu i z możliwości.
Wiem jedno – jeśli kiedykolwiek jeszcze zajadę do Ao Nang, na pewno będę ich wypatrywać – oczami i uszami. Wiem też kolejne „jedno” – jeśli Wy kiedyś tam będziecie: szukajcie ich oczami i uszami!
Gdyby żyli w Stanach, bez wątpienia słyszelibyśmy już o Shirze i jej gitarzyście dawno, dawno temu. I to na całym świecie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *