Kambodża,  Podróże

Buszująca w ruinach

Mija dokładnie rok od mojej pierwszej i jedynej jak dotąd podróży do Azji. Celem długo planowanym była Tajlandia. Celem zaplanowanym na krótko przed wyjazdem – Kambodża. I okazało się, że to strzał w dziesiątkę.
Zanim wylądowałam na lotnisku w Siem Reap, jednego z wiekszych miast Kambodży, sam kraj kojarzyłam z dwiema rzeczami: Angkor i Pol Potem. Nie zdawałam sobie wtedy sprawy jak krzywdząca była ta niewielka ilość skojarzeń, jak bardzo ograniczona i spłaszczona. Nie ma się jednak czemu dziwić. Słownik skojarzeń rozrasta się już po niecałej godzinie pobytu w kraju Khmerów.

Przylot
Do Siem Reab udałyśmy się na pokładzie samolotu Air Asia. Leciałyśmy z Bangkoku, po kilkudniowym pobycie w tym mieście i wypadzie na prowincję, gdzie zajechałyśmy do rezerwatu Wildlife Foundation. Byłam już przyzwyczajona do pogody: gorącej, dusznej, w mieście zakurzonej. Do specyficznych zapachów, które zupełnie nie przeszkadzały, lecz wbijały się w pamięć na zawsze. W Kambodży spodziewałam się podobnych wrażeń. Tymczasem po wyjściu z samolotu w godzinach wieczornych, moje ciało zaatakował nie tylko upał i duchota, lecz także wilgoć. Wilgoć, jakiej nie znałam z europejskich klimatów.
Lotnisko w Siem Reap jest najprzyjemniejszym lotniskiem na jakim dotąd byłam. Kameralne, w khmerskim stylu, czyste, zadbane, wychuchane. Gdy przyleciałam było również… puste. Każdy pracownik lotniska, każda taśma, na której miały przyjeżdżać bagaże – wszystko specjalnie dla nas, pasażerów tego jednego samolotu z Bangkoku.

Wiza
Jeśli przeczytacie kiedykolwiek lub usłyszycie od znajomych, że zdobycie wizy na lotnisku to trudny proces, że urzędnicy są niemili, że to bardzo nieprzyjemna procedura – nie zniechęcajcie się. Po pierwsze po wielu wyjazdach nauczyłam się już, że internety to kopalnia niewyważonych komentarzy i emocjonalnych relacji z wyjazdów, gdzie na podstawie jednego doświadczenia i odrobiny bardzo jaskrawych słów powstają niestworzone historie. Po drugie: to, że urzędnicy się nie uśmiechają, nie znaczy że są niemili i że procedura wizowa jest skomplikowana.
Co warto zrobić, żeby usprawnić proces zdobycia wizy na lotnisku? Zrobić sobie zdjęcie już w Polsce (dopasowane do wymogów, które możecie z łatwością znaleźć w internecie) i mieć je ze sobą po przejściu na lotnisko. Dzięki temu zaoszczędzicie 2 dolary. A co jeśli nie macie zdjęcia? To Wam je zrobią na miejscu za opłatą. Ja zdjęcie miałam, Paula zdjęcia nie miała – obie dostałyśmy się do Kambodży.
Wiza kosztuje – 30 dolarów. Podobno jest taniej jak się ją załatwia online. Nie wiem, nie próbowałam. Poleciałam na spontanie 🙂

Tuk tuk
Żeby dostać się do centrum Siem Reap z lotniska najlepiej wziąć tuk tuka. Czym są tuk tuki – pewnie wiecie, jeśli nie – odsyłam do mojej relacji z Bangkoku.
Tuk tuki w Kambdoży różnią się od tych w Tajlandii, przynajmniej tam gdzie ja byłam. Tuk tuki w Siem Reap były motorkami, do których właściciele podoczepiali wózeczki dla klientów. Czasem metodą bardzo chałupniczą.

Odradzam łapania tuk tuka zaraz na parkingu przed lotniskiem. Chcą od razu 10 dolarów za przejazd, a to dużo za dużo. Rozwiązanie? Trzeba opuścić parking i tam łapać tuk tuka, który pojedzie za 6 dolarów, a nawet za 3. Dziewczyna, z którą rozmawiałam jeszcze na lotnisku twierdziła, że da się znaleźć tuk tuka i za 2 dolary, ale myślę, że to już pewna przesada. Kierowca tuk tuka też człowiek. Dajmy mu z czegoś pożyć.
Jak już złapiecie tuk tuka, to warto się z kierowcą umówić na dłuższą współpracę – w zależności od czasu pobytu. Razem z Paulą znalazłyśmy sobie tuk tuka na cały czas pobytu – pan szczęśliwy, bo miał kilka dni zapełnione i zarobek pewny, my również, bo nie musiałyśmy sobie zaprzątać głowy szukaniem transportu. Dodatkowo takie rozwiązanie ma jeszcze jedną zaletę: cenę. Wychodzi korzystniej.
No i pamiętajcie, żeby nie płacić od razu z góry! Ale już chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego 🙂

Nocleg
Zatrzymałyśmy się w hotelu Neak Pean Hotel. Basen, zero ludzi, pyszne śniadania, drewniana, khmerska zabudowa, palmy nad leżakami. I wcale nie ma się uczucia pobytu w pięciogwiazdkowym hotelu na Ibizie, lecz w rodzinnym, przytulnym i spokojnym miejscu. Gdybym miała wrócić kiedyś do Siem Reap, nawet przejazdem – znów wybrałabym to miejsce na nocleg.
Wyobraźcie sobie taką sytuację: wracacie po całym dniu zwiedzania świątynnych murów. Był upał, duchota, wilgoć. Wchodzicie do hotelu, a tu jedna, góra dwie osoby. Zostawiacie rzeczy w pokoju, schodzicie drewnianymi schodami, prosto do basenu. Cały basen dla Was. Słońce zachodzi, wychylają się migoczące gwiazdy. Chowacie zgrzane ciało w przyjemnej wodzie i spoglądacie w górę, na niebo. Gwiazdy migocą pomiędzy długimi liśćmi palm, w pobliżu cisza, a za murami hotelu unoszą się dźwięki tętniącego życiem, wieczornego miasta. Zapamiętałam te wieczorne chwile jako momenty najprawdziwszego relaksu.
Od razu powiem też, że cena za hotel wyniosła nas 59 dolarów (za 3 noce, na 2 osoby). Czyli po ok. 43 zł za osobę, za dobę. Hotel 3 gwiazdki, warunki jak w 4* albo i więcej, a dodatkowo bez zadęcia i tłumów. Wzdycham z rozrzewnieniem na samo wspomnienie.

Kultura wciskania produktów klientom
Co kraj, to obyczaj. Wiadomo. When in Rome, do as the romans do. Wiadomo. Dostosować się trzeba. Gośćmi jesteśmy. Mimo to nigdy nie przyzwyczaję się się od kultury nagabywania klientów, wyskakiwania im przed nos, nawoływania i snucia się za człowiekiem, gdy próbuje w spokoju obejrzeć sobie swoje potencjalne przyszłe przedmioty.
W Kambodży sytuacja z naganianiem klientów jest identyczna jak w Tajlandii. Wystarczy, że przechodzi się obok, że sprzedawcy wyczują nosem nasze szybkie spojrzenie rzucone na ładną, wiklinową torebkę, na kolorową chustkę, na drewnianego słonia – rozpoczyna się walka.

Targowanie się
jest wskazane. W dobrym tonie. Jak w Turcji, w Tajlandii itp. Ważne jednak by zachować umiar w tym targowaniu. Czasem odnoszę wrażenie, że osoby, które przemierzyły już Azję wzdłuż i wszerz, które mają kulturę targowania w małym paluszki, zapominają się. Warto się targować, bo ceny podawane przez sprzedawców zawsze sa zawyżone, celowo. Jesteśmy jednak turystami, dzięki którym żyją kierowcy tuk tuków, sprzedawcy pamiątek, właściciele restauracji i knajpek. Nie obskubujmy ludzi z pieniędzy tylko po to, żeby kulturze targowania stała się zadość.

Dzieci-sprzedawcy
Temat wzbudzający wiele kontrowersji. Dzieci – takie małe, takie zaniedbane, robią słodkie oczy, zagadują w różnych językach. Ach, jakie to smutne, ach przydam się im na coś i kupię od nich ten magnes, tego drewnianego słonia… Lepiej, gdy sprzedają niż żebrzą, prawda?
No nie. Nie lepiej. Zwłaszcza, że większość z tych dzieci nie musi ani żebrać, ani sprzedawać. Powinny siedzieć w szkole i się uczyć, aby zmieniło się coś w kraju, w którym nadal wyczuwa się olbrzymią tragedię czasów Pol Pota. Dlatego, gdy widzimy sprzedające dzieci, nie kupujmy od nich. Bo jeśli dziecko wraca do domu z zarobkiem, rodzic wychodzi z założenia, że taki układ jest dobry, właściwy. A nie jest.

Pora kolacji
Wieczór to czas, gdy wszystkie prywatne wózeczki z jedzeniem są wyprowadzane na ulice: na krawężniki, chodniki, pod hotele. Można podjechać pod taki wózeczek samochodem, tuk tukiem, skuterkiem, rowerem, niczym do McDrive. Kupić kolację dla siebie i rodziny, i odjechać bez wyłączania silnika. Polecam wieczorny spacer ulicami Siem Reap. Pozwoli Wam zaobserwować ciekawe, nietypowe scenki i poczuć moc i magię tego miasta.


Jak wpaść w amok?
wystarczy pójść do restauracji. Amok – tradycyjne danie kuchni khmerskiej. Zupka z ryżem. A bardziej szczegółowo: zupa z kurczakiem lub rybą, z mlekiem kokosowym, imbirem, trawą cytrynowa i chilli. Podawana z ryżem. Bardzo smaczne.

Pub Street
Pub Street mało lokalna nazwa, ale idealnie odzwierciedlająca istotę tej ulicy. Główny trakt turystyczny Siem Reap, zagłębie sklepów, pamiątek, knajp i klubów. Znaleźć można tu też miejsce, gdzie rybki obskubią Wam stopy.

Angkor i Angkor Wat
Dla wielu jest to jedna i ta sama rzecz, dwa określenia, których można używać naprzemiennie. Otóż nie.
1) Angkor to cały kompleks miejski, składający się na ponad 400 km². Wchodzą w to świątynie, miasta, parki, zbiorniki wodne. To ogromny obszar, z którego nie zdawałam sobie sprawy, dopóki nie zaczęłam sunąć tuk tukiem przez kolejne bramy, kolejne ulice, mijać kolejne kamienne budowle. Nazwą „Angkor” określa się też państwo Khmerów istniejące w okresie 802-1432 roku. Współcześnie słowo „angkor” w khmerskim oznacza „stolicę” albo ” święte miejsce”.
2) Angkor Wat – najbardziej znana, najważniejsza i największa świątynia w całym kompleksie. Słowo „wat” oznacza po prostu świątynię. To właśnie ta budowla składa się z trzech wież, które uwieczniają na Instagramie tysiące turystów.

Świątynia, po której śmigała Lara Croft
Ta Prohm. Świątynia, która stała się znana po 2001 roku, gdy Angelina Jolie w roli Lary Croft śmigała po niej na planie „Tomb Raider”. Właśnie z tego powodu świątynia odwiedzana jest dziś przez tłumy i zdecydowanie polecam zajechać do niej zaraz po otwarciu bram do Angkor (wczesnym rankiem, a nawet świtem). Po pierwsze dlatego, że nie ma ludzi, a po drugie dlatego, że JEST KLIMAT. Spróbujcie sobie wyobrazić: cisza przetykana cykającymi świerszczami wciśnięta w kamienną przestrzeń pełną zwalonych gruzów. Na skórze przemyka tylko wilgoć i upał, rosnący wraz ze wschodzącym słońcem. Gdy „złapiecie” ten klimat, zatrzymajcie się. To nie jest dobry moment na chodzenie. To jest doskonały moment na zatrzymacie się i wsłuchanie w życie starożytnego miasta.

Wstęp do Angkor
jest biletowane. Ceny (stan na listopad 2018):
1 dzień – 27 dolarów
3 dni – 34 dolary
7 dni – 72 dolary

Polecam wersję trzydniową – zaspokaja pragnienie ukrytego w każdym z nas archeologa , ale nie odczuwa się przesytu.
WAŻNE: kasa biletowa znajduje się w dużej hali. Jeśli Wasz tuk tuk zawiezie Was do jakiejś małej budy – to to nie to! Miejcie się na baczności. Bilety należy mieć cały czas przy sobie, najlepiej na wierzchu, bo trzeba je okazywać przy wejściach do świątyń.

Jak poruszać się po Angkor?
Jeśli ktoś łudzi się, że przejdzie cały kompleks spacerkiem, to prędko rozwiewam te marzenia 🙂 Są trzy sposoby poruszania się po Angkor: tuk tukiem, skuterem, rowerem. Z mojej perspektywy najlepsza jest wersja tuk tukiem, ponieważ jest kierowca-pilot, który nas prowadzi, jest klimatyzacja (przewiewny tuk tuk!) i czas spędzony w pojeździe można wykorzystać na zregenerowanie sił, co jest istotne. Wielogodzinne snucie się wśród kamiennych budynków, czasem zygzakiem by ominąć jeszcze bardziej sunących turystów, a wszystko to w temperaturze 35 stopni, dużej wilgotności i pełnym słońcu. Rowerem można się zajechać, moi mili!

Jak przygotować się do wędrówki po Angkor?
Z głową. Duży zapas wody (jeśli poruszacie się tuk tukiem, to i dla pana Tuk Tuka też warto zabrać wodę). Okulary przeciwsłoneczne, krem z filtrem. Ubrania luźne. Kobiety powinny mieć zakryte ramiona i kolana. Przynajmniej przy wejściu… Dobrym rozwiązaniem jest tutaj koszula oraz chustka wiązana w pasie, narzucona na krótkie spodenki – można szybko zdjąć i szybko założyć. Długie sukienki mogą zawadzać podczas wspinania się po wysokich, kamiennych schodach świątyń. Warto też pamiętać o wygodnym obuwiu. Ja wiem, że w upale najlepsze są sandałki i klapki, ale jednak wędrówka po Angkor to wędrówka przez nierówne, twarde i ostre kamienie. Łatwo o ból palca u stopy.

Przerwa – gdzie zjeść?
Angkor jest miejsce turystycznym, tak więc przystosowane jest do zachcianek podróżnych. Dlatego na jego terenie, w przestrzeniach pomiędzy historycznymi miastami i świątyniami znajdują się sklepy z pamiątkami, ubraniami, owocami, a także restauracje.

To, o czym marzy każdy Instagramer – wschód słońca w Angkor
Kojarzycie pewnie te zdjęcia z trzema wieżami i słońcem przemykającym pomiędzy nimi? Czasem można je znaleźć na okładkach podróżniczych magazynów, na tablicach facebookowych znajomych, ale głównie zalewają Instagram. Tak, te zdjęcia pochodzą właśnie z Angkor, a te trzy wieże to Angkor Wat. Żeby zrobić sobie takie samo, należy pojawić się w Angkor o świcie. Poczekać na otwarcie wejścia, przejść przez pontonowy most, dojść do dwóch sadzawek przez samym Ankgor Wat, wybrać jedną i voila. Czekać na wschód. Jeśli będziecie super wcześnie (jak ja), to zajmiecie sobie miejsce przy samej krawędzi sadzawki (oczekując na wschód, można się zabawiać obserwowaniem wodnego życia w sadzawce). Z każdą minutą jednak mur z ludzi będzie za Wami rósł i stawał się coraz grubszy, aż w końcu nie będzie słychać świerszczy i ciszy, lecz klekot zwalnianych migawek w aparatach, czy uruchamiane kamery.

Czy gra jest warta świeczki? Zdecydowanie. Wschód z widokiem na Angkor to jedna z piękniejszych rzeczy jakie widziałam. Jedyne co bym zmieniła, to lokalizację – nie ma sensu pchać się nad samą sadzawkę, jeśli nie macie w planach zdjęcia na okładką National Geographic.
Na wschód słońca łatwo dojechać tuk tukiem. Pamiętajcie tylko, że pan Tuk Tuk liczy sobie dodatkowe dolary za przejazd na wschód słońca (to samo ma się z zachodem słońca, choć moim zdaniem zachód jest dużo mniej spektakularny). Nic dziwnego, kto chciałby się zrywać tak wcześnie za friko.
PORADA: podróżując do Kambodży mamy w głowie słońce i upał. Warto jednak mieć ze sobą ubrania z długim rękawem, gdyż busy, hotele, restauracje, sklepy mają mrożącą do szpiku kości klimatyzację, która może bardzo szybko rozwalić nas na kawałki.

Reżim Pol Pota
no i teraz skrawek historii niezwykle ważnej, a nawet kluczowej dla Kambodży. Po tym „skrawku” historii, nic nie było już takie samo.
W kwietniu 1975 rozpoczął się krwawy okres w historii Kambodży. Czerwoni Khmerzy wkroczyli do stolicy Kambodży Phnom Phen i z miejsca rozpoczęli realizowanie komunistycznych, utopijnych założeń. Kambodża Pol Pota (Demokratyczna Kampucza) miała być państwem samowystarczalnym, bezklasowym, bez relgii i zupełnie odciętym od reszty świata). Pozamykano szkoły, szpitale, urzędy, fabryki, zlikwidowano prywatne biznesy. Ludzi w miastach wypędzono na prowincję, pozamykano w obozach, zmuszając do niewolniczej pracy. Zwrócono szczególną uwagę na osoby o wyższym wykształceniu i statusie społecznym. Osoby o delikatnych dłoniach, znające języki obce, a nawet noszące okulary – te uważane były za inteligencję i nieludzko mordowane. Szacuje się, że w ciągu 4 lat (między 1975 a 1979 rokiem) w Kambodży zginęła 1/4 mieszkańców, w tym większość tzw. inteligencji.
Skutki reżimu Pol Pota widać do dziś. Widać w historii współczesnej, w ludzkich zachowaniach, w oczach mieszkańców. Idąc ulicą, mijając każdego mieszkańca nie sposób nie pomyśleć: tragedia tamtych czasów odbiła się na każdej rodzinie, na każdym człowieku, nie ważne czy urodził się przed reżimem, w trakcie, czy po…
Dla zainteresowanych: polecam reportaże Tiziano Terzaniego „Duchy. Korespondencje z Kambodży”. Terzani do ostatniej chwili przebywał w Kambodży. Wyjechał tuż przed tym, jak jej granice zostały zamknięte dla świata zewnętrzengo. Był tam również, gdy Kambodży znów się otworzyła, po upadku reżimu Pol Pota.
Do obejrzenia: „Najpierw zabili mojego ojca” (eng. „First they killed my father” w reżyserii Angeliny Jolie). Ponad dwugodzinna produkcja ukazująca losy „inteligenckiej” rodziny z miasta, a na jej podstawie mechanizmy działania reżimu. Produkcja jest dostępna na Netfliksie.

Kilka faktów:
Moneta: riel kambodżański (ale można też z łatwością zapłacić w dolarach)
Stolica: Phnom Phen
Ustrój: monarchia konstytucyjna
Miejsca warte odwiedzenia, których mi nie udało się zobaczyć (jeszcze!):
– Wioski rybackie przy jeziorze Tonle Sap
– Farma Lotosu (dowiedziałam się o niej dopiero szykując tę relację, rok po wizycie w Siem Reap).

Mój pobyt w Kambodży był krótki i poświęcony głównie zwiedzaniu kompleksu Angkor. Był to jednak czas, gdy nawet szybkie kontakty z mieszkańcami, przelotne rzuty oka na tamtejsze życie, zaszczepiły we mnie chęć bliższego poznania Kambodży. Nigdy nie zdarzyło mi się, aby po powrocie z podróży odczuwała tak silną potrzebę wrócenia do danego kraju, miasta, miejsca. Zdarzyło się to po raz pierwszy, właśnie w przypadku Kambodży.
Także, moi mili, wypatrujcie – kolejnej relacji z podróży do Kambodży. Bo będzie na pewno!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *