Palestyna,  Podróże

Betlejem – wypad za mur

Gdy wyjeżdżałam do Izraela, sytuacja na Bliskim Wschodzie była napięta jak plandeka na żuku. Jeszcze odczuwało się pokłosie decyzji prezydenta USA Donalda Trumpa o uznaniu Jerozolimy przez Stany Zjednoczone za prawowitą stolicę Izraela. Sytuacja miała miejsce, gdy ledwo co kupiłam bilety lotnicze do Tel Avivu. Znajomi, rodzina unosili brwi w geście „are you sure?”, ale ja byłam twarda i nieugięcie powtarzałam za Hagridem „co ma być to będzie, a jak już będzie to jakoś sobie z tym poradzimy”. Do mojego wyjazdu sytuacja nieco się uspokoiła, ale śledzenie zagranicznych mediów dawało takie informacje jak na przykład „zamieszki w Ramallah i Betlejem”.

Dobra – myślałam – Betlejem przestało być na liście moich priorytetów podczas wypadu do Izraela.

Najpierw oswoiłam się z nowym regionem w zliberalizowanym Tel Avivie. Później przeniosłam do bardziej konserwatywnej i wymagającej więcej uwagi Jerozolimy. I tutaj, pewnego dnia, wysłuchując w hostelu opowieści dwóch współlokatorek o ich wycieczce do Betlejem i absolutnie „nie ma się czego bać” atmosferze, postanowiłyśmy zrobić tam jednodniowy wypad. Co ma być to będzie!

Dojazd do Betlejem
Do Betlejem jedzie się krótko, około 30-45 minut. Autobusy linii arabskich odjeżdżają z przystanku autobusowego niedaleko Grobu w Ogrodzie (mapka jak dotrzeć – poniżej). Wspominałam już o tym przystanku w Jerozolimskich opowieściach przy okazji wjazdu na Górę Oliwną. Ceny biletu nie pamiętam, ale były to grosze.
Autobus zapakowany prawie po brzegi. Jestem jedną z czterech turystek. Gdy razem z towarzyszką podroży wsiadałyśmy do autobusu, dwie inne turystki siedzące tuż przy wejściu przywitały się z nami i z uśmiechem gwarantowały, że nie ma się czego bać. Tak jakby z góry założyły, że się boimy, że jest powód do obaw – przynajmniej w głowie każdego turysty, który mimo to odważy się na teren Autonomii Palestyńskiej wjechać.
Dojazd odbywa się bez żadnych przeszkód. Bez zaczepek, bez krzywych spojrzeń – wspominam o tym, żeby choć trochę uświadomić przyszłym gościom tych regionów, że świat nie zawsze i nie wszędzie jest tak straszny jak nam to bezustannie serwują media.
Autobus zatrzymuje się na przystanku autobusowym w Betlejem (po drodze nie było kontroli paszportowej, ale będzie taka w drodze powrotnej).

Paszport
Bez paszportu nie ruszajcie do Autonomii Palestyńskiej. W ogóle podczas podróży zagranicznych (poza UE) przypnijcie sobie paszport do majtek i bez niego nie wychodźcie nawet do sklepu za rogiem. Różne historie z krypty dopadają ludzi.
W przypadku wyjazdu do Betlejem paszport jest akurat w 100% potrzebny, zabranie go z sobą nie jest tylko profilaktyką. W drodze powrotnej jest przystanek, na którym każdy pasażer autobusu jest sprawdzany przez wojsko izraelskie. Ale o tym w dalszej części.

Taksówkarz – przewodnik
Koleżanki z hostelu, przewodniki oraz blogerzy podróżniczy wyposażyli mnie w niezbędną wiedzę na temat taksówkarzy-naciągaczy, którzy zrobią wszystko, żeby zachęcić nas do wynajęcia taksówki, gdy już wysiądziemy z autobusu. Wszyscy uprzedzali, że droga z przystanku do centrum Betlejem (wszystkie turystyczne punkty warte zobaczenia) jest krótka i zupełnie nie opłaca się brać taksy, za którą zostaniemy skasowani jak za zboże. Mając tę radę w pamięci, odmawiałyśmy kategorycznie kolejnym natarczywym taksówkarzom rozsianym po krawężniku, w pobliżu przystanku.
Gdy chmara taksówkarzy pozostała za nami, przekonane święcie że oto wolna droga przed nami, stanęłyśmy oko w oko z pojedynczym przedstawicielem transportowego zawodu, który tak jak jego poprzednicy robił wszystko, żeby nas do przejazdu zachęcić. W tym człowieku było jednak coś, co wzbudziło nasze wahanie. Mężczyzna wyczuł to i zaczął zarzucać nas opcjami: nie tylko przejazd do centrum, ale i wycieczka po okolicy, i pokaże nam więcej Banksy’ego (nie tylko tego przy głównym trakcie), i taki a taki czas trwania wycieczki, ile chcemy, i tak dalej.
Człowiek jak się trochę po świecie powłóczy, to nabiera taksówkarskiej ogłady i wie, że najpierw trzeba warunki wytargować, a dopiero potem chować się we wnętrzu auta. Idąc tym tropem, wynegocjowałyśmy odpowiadającą nam stawkę oraz warunki i dopiero wtedy ruszyłyśmy z naszym „my friendem” (bo tak nazywał nas nasz przewodnik-kierowca podczas swojej wprawionej opowieści: „and now my friends we see”).

Pod murem
MyFriend najpierw zabrał nas pod mur. Pokazał fragment z wypisanymi imionami dzieci, które zginęły w pierwszych dniach konfliktu izraelsko-palestyńskiego, później główną część muru, na którym rozciągają się ogromne i naprawdę robiące wrażenie uliczne rysunki – wszystko zapoczątkowane przez Banksy’ego. Za nim podążyli następni i przez lata uzbierał się pokaźny zbiór streetartowy. Na murze znaleźć można ironiczne rysunki, bezpośrednie i bezpardonowe nawiązania do ludzi polityki i mediów (Donald Trump, Mark Zuckerberg, Nelson Mandela itd.) czy też legend palestyńskich jak Leila Khaled, fragmenty literatury palestyńskich poetów, tablice z wydrukowanymi relacjami świadków kolejnych intifad. Od razu mówię, że nie każdy malunek jest szczytem artyzmu. Znaleźć można wiele małych, wulgarnych i mało wybitnych rysunków, które mógł spłodzić tylko ktoś o ksywie Huligan. Ale wiele rysunków to trafne i błyskotliwe spostrzeżenia, które żywo uświadamiają, jak wygląda rzeczywistość „za murem” i jak wiele spraw, które odnoszą się również do naszej rzeczywistości, jest powykręcanych przez medialną propagandę. Opisać mur nie sposób. Jedynym sposobem zrozumienia i poznania go jest wycieczka za mur, stanięcie przed murem i obejrzenie muru własnym, otwartym umysłem.

„Dalej nie, bo tam miny”
Nasz MyFriend zawiózł nas pod kolejny fragment muru, skąd pokazał domy, a między nimi wijące się jak serpentyna, betonowe ogrodzenie, poprzedzielane wieżyczkami (niektóre okopcone!). MyFriend opowiadał ze spokojem, ja jak to ja – strzelałam foty. Pogoda była cudowna, słońce idealne, dzięki temu żadne z betlejemskich zdjęć nie potrzebowało nawet grama obróbki.
Przed sobą miałam stos gruzów, wymieszanych ze śmieciami. Za gruzem była spora przestrzeń, której dna nie mogłam dojrzeć. Za tym pasmem – mur z graffiti. Każdy normalny człowiek zadowoliłby się widokiem muru z daleka, ale ja chciałam więcej. Na moje frywolne pytanie czy mogę wejść na tę kupę gruzu i zapuścić za nią żurawia, nasz MyFriend odpowiedział ze stoickim spokojem – zupełnie jakby informował, że on wybiera lody czekoladowe – „na ten stos tutaj tak, ale dalej nie, bo tam są miny”.
Dla kogoś, kto przez lata siedział w temacie II wojny światowej i wysłuchiwał wojennych opowieści bezpośrednio od samych kombatantów, słowo „mina” brzmi inaczej niż dla kogoś, kto o tych bombowych wynalazkach słyszał tylko w amerykańskich filmach. Mimo to na gruz wlazłam.
Ile w tych minach prawdy – nie wiem. Nie sprawdzałam. Z jednej strony skoro są tam miny, to jakim cudem na murze wykwitły tak wielkie rysunki? Z drugiej strony zarówno okolica, jak i historie płynące z ust naszego MyFrienda świadczyły o bardzo dużym prawdopodobieństwie, że te miny faktycznie pod tym murem zalegały…
Jest jeszcze trzecia wersja – MyFriend mógł święcie wierzyć w istnieje min, które wcale nie muszą się tam znajdować. O podobnym przypadku czytałam w „Dziennikach czasu okupacji” Raja Shehadeh – palestyńskiego pisarza.

Historia Kobiety
Niedaleko muru, a w zasadzie w jego rogu (mur nie jest odmierzony od linijki, ale zakręca zygzakiem – zbudowany i dalej budowany tak, żeby było wygodnie stronie izraelskiej), stoi dom w kolorze piaskowym. Dom jest dwupiętrowy, ale górne okna ma pozamykane roletami. Na dachu – jak na wszystkich innych domach – znajdują się baniaki na wodę (o nich później). Miałam okazję porozmawiać z kobietą, właścicielką domu. Opowiadała bez emocji, w sposób wyważony, ale nie bez żalu: o początkach muru, o losach swojej rodziny i bezustannej walce. Dom, w którym mieszka należał niegdyś do jej ciotki. Kobieta razem z mężem prowadziła w nim sklepy, m.in. z pamiątkami. Ich dom znajdował się przy jednej z ruchliwszych ulic miasta, pełnej przechodniów, z dwukierunkową ulicą (widziałam zdjęcia).
Pewnego dnia jej dzieci jak zwykle wyszły do szkoły. Mogły przejść z jednej strony ulicy na drugą bez przeszkód.
Gdy dzieci wróciły po południu ze szkoły, przy ich domu wyrósł wysoki, betonowy mur. Ulica zamarła, przechodnie poznikali. Interes podupadł. W trakcie intifady większość mieszkańców uciekała przed wojną i śmiercią, przemieszczając się z miejsca na miejsce. Kobieta wraz z mężem i dziećmi pozostała. Chciano ich wyrzucić z ich domu, ale uparli się i trwali na swoim. I tylko dzięki temu ich dom się zachował, a oni go nie stracili. Przez kilkadziesiąt dni mieszkali w piwnicy, umykając świstającym kulom z jednej i z drugiej strony. Na dachu ich domu stacjonowało wojsko.
Brzmi jak kolejna opowieść uczestnika powstania warszawskiego, wydarzenia sprzed 70 lat. Tymczasem kobieta wygląda na 40-45-latkę…I zapewne tyle ma.
Po powrocie do Polski wyposażyłam się w kilka książek, pokazujących palestyńską rzeczywistość z perspektywy Palestyńczyków. Niesamowicie podobny opis domu i kobiety znalazłam u wspomnianego już Raja Shehadeh w „Dziennikach czasu wojny”. Jest wielce prawdopodobne, że i ja, i Raja piszemy o tej samej osobie…

Banksy
Kim jest Banksy – chyba każdy wie. W razie czego odsyłam do najszybszego źródła informacji – cioci Wikipedii: Bansky .
Bardziej szczegółowo (wersja po angielsku): artofthestate.
Banksy rozpoczął karierę ograficonego dziś muru w Betlejem, dając przykład kolejnym street artowym artystom z całego świata. Na murze kwitną dziś informacje, niczym biuletyn całkiem pokaźnych rozmiarów. Ale rysunki Banksy’ego można znaleźć nie tylko na murze, ale i w rozmaitych zaułkach. Jak na przykład na ścianie warsztatu samochodowego.

Informacja Turystyczna
Na głównym placu w Betlejem, zaraz obok Bazyliki Narodzenia Pańskiego znajduje się Informacja Turystyczna Autonomii Palestyńskiej, w której sympatyczna pani udziela wszelkich informacji (po angielsku). Można też wyposażyć się tam w niezbędną mapkę miasta.

Bazylika Narodzenia Pańskiego
Zlokalizowana w centrum – rzekome miejsce narodzin Jezusa. Wejście za free oczywiście, dzikie tłumy wszędzie. Ludzie wpadają grupami do tego kościoła i wypadają z Betlejem – prawie go nie widząc.

Jak to stałam się okazem w ZOO
Po szybkim zwiedzeniu bazyliki – miejsca zatłoczonego, wypakowanego turystami – usiadłyśmy sobie na schodkach po prawej stronie od wejścia, z dala od hałasu. Wcinając smaczne „co nieco”, wpatrywałyśmy się w wąski widok na rozciągające się poniżej miasto. Nagle dwóch chłopaczków, mieli może po 15 lat, usiadło w pobliżu nas, wyraźnie komentując nasze osoby. Robili to z zaciekawieniem – takim jakie mają na twarzach dzieci, które po raz pierwszy odwiedzają ZOO i widzą zebrę. Później bardzo chcieli sobie zrobić z nami zdjęcie, ale tego było już za wiele.

Palestyński kolega i kawa bez cukru
Gdy siedziałyśmy sobie tak na schodach, skubiąc małe smaczne „co nieco” i odpędziwszy się już od wizytujących ZOO chłopców, minął nas mężczyzna, może trzydziestoletni. Słysząc naszą obcobrzmiącą rozmowę i widząc naszą obcowyglądającą aparycję, zatrzymał się i zapytał skąd przyjechałyśmy. Po krótkiej rozmowie zaproponował, że może nam pokazać miasto, w tym graffiti Banksy’ego, które znajdowało się z dala od rzucającego się w oczy muru.
W pierwszej chwili nie byłyśmy przekonane. Człowiek trochę po świecie chodzi, trochę już pojeździł, trochę się naczytał. Było jednak w mężczyźnie coś, co znów spowodowało, że się zawahałyśmy. Ostatecznie zgodziłyśmy się na wspólną wycieczkę.
Nie pamiętam jego imienia. Nazwijmy go Mr. Hebron, bo właśnie z Hebronu pochodził. Mr. Hebron pracuje w branży kosmetycznej i kilka razy w tygodniu przyjeżdża do Betlejem w interesach. Na co dzień mieszka w Hebronie. Gdy nas spotkał, udawał się akurat na dwugodzinną przerwę w pracy i z wielkim entuzjazmem przyjął nowy plan spędzenia wolnego czasu: pokazania nam miasta, Banksy’ego, a przy okazji porozmawiania trochę… po angielsku!
Jak się okazało Mr. Hebron łaknie rozmów po angielsku (w którym mówił naprawdę płynnie i z ładnym akcentem). Jak się dowiedziałyśmy, korzystał z każdej możliwej okazji, by pobyć trochę z obcokrajowcami, porozmawiać w innym języku, dowiedzieć się czegoś o innych kulturach, o świecie „za murem”. Chciałby podróżować, ale nie może, więc przyjezdni są dla niego namiastką tych wojaży.
Najpierw zabrał nas autem dalej od centrum, pod warsztat samochodowy, gdzie za winklem rozciągało się wielkie graffiti Banksy’ego. Później pokazał nam mały kościół, a na końcu wypiliśmy mocną i fusiastą kawę w kawiarni z tarasem i widokiem na miasto, zlokalizowanej w galerii handlowej (w życiu byśmy do niej nie trafiły!).
Całą trójką miło spędziliśmy czas: my na oglądaniu miejsc, do których samodzielnie byśmy nie dotarły oraz słuchając lokalnych opowieści, on ćwicząc angielski i dowiadując się, co słychać w Europie.
Mnie do dziś zaskakuje fakt z jaką odwagą i luzem zaproponował, że pokaże nam miasto. Większość z nas spożytkowałaby dwugodzinną przerwę w pracy na lunch, czytanie książki, odwiedzenie jakiegoś urzędu, wizytę na siłowni. Mr. Hebron z przyjemnością spędził ten czas z dwiema cudzoziemkami, którym od razu kategorycznie powiedział, że nie chce żadnych opłat za wycieczkę i że zależy mu wyłącznie na towarzystwie i pogaduchach. Kolejne stereotypy przełamane, Kasia kolejny raz została mile zaskoczona!

Kawa z cukrem i bez cukru
Mr. Hebron zabrał nas na typową ichną kawę. Podaje się ją w małych filiżaneczkach z pękatym brzuszkiem (coś jak tureckie herbatki), a cały wic polega na tym, że zamawiamy albo z cukrem, albo bez cukru. Jeśli zamówi się bez cukru, a potem samemu dosłodzi – zasmakujemy fusów z kawą, a nie kawy z cukrem. I będzie przypał!

Baniaki na wodę
Na dachu każdego domu można ujrzeć baniaki na wodę. O tym, że są na wodę dowiadujemy się dopiero w rozmowie z lokalsami. Baniaki są różnej wielkości, różnego koloru – co kto złapał, z tego baniak sklecił.
Baniaki są wynikiem polityki Izraela. Wszystko: elektryka, dopływ wody, prądu – jest pod kontrolą Izraela. Wystarczy iskra, która da powód do zakręcenia kurków – i świat Autonomii Palestyńskiej pozostaje bez wody, bez prądu. Bez prądu żyć się jakoś da, ale bez wody gorzej, zwłaszcza na pustyni.
Stąd baniaki i prowizoryczne gromadzenie wody na dachach palestyńskich domów.

Widok na izraelskie osiedla
Nasz MyFriend zabrał nas na obrzeża Betlejem, z dala od turystycznych traktów, w miejsce gdzie roznosiła się idealna panorama na modelowe osiedle izraelskie. Osiedla są budowane na wzgórzach, na terenach, z których wysiedla się mieszkańców (Palestyńczyków) z dziada pradziada i:
1) daje rekompensatę pieniężną 2) daje małą rekompensatę 3) nie daje nic.
Niektórzy Palestyńczycy odmawiają przyjęcia pieniędzy – im nic nie może wynagrodzić zrównania z ziemią ich rodzinnych domów i zabrania ziem, na których dziad orał przez lata.
Ciekawostka: do osiedli izraelskich prowadzą drogi, na które wstęp mają wyłącznie Izraelczycy.
Z mojego punktu widzenia izraelskie osiedle wygląda jak miasteczko w jednym kolorze, pozbawione zieleni, suche i sztuczne. Jak wygląda od środka – nie wiem. Nie byłam.

Powrót do Jerozolimy – granica
Przejście przez granicę pomiędzy Izraelem a terenami Autonomii Palestyńskiej to ciekawa obserwacja dla wyluzowanego cudzoziemca i duży stres dla Palestyńczyka. Autobus, którym podróżuje się do Izraela, zatrzymuje się na granicy. Tam wsiadają izraelscy żołnierze, pozbawieni jakichkolwiek emocji na twarzy, w pełni uzbrojeni i umundurowani. Cudzoziemcy zostają w autokarze, pokazują tylko paszporty. Palestyńczycy zaś wysiadają, ustawiają się w rządku i są legitymowani (muszą mieć dokumenty i pozwolenie na wjazd do Izraela). Ja byłam świadkiem legitymowania szkolnych dziewcząt, które wracały ze szkoły na terenie Autonomii do Jerozolimy, w której mieszkały. Widok trochę filmowy – z filmów nie przedstawiających najlepszych czasów ludzkości…
To była lekka przeprawa przez granicę. Rachu ciachu i jechaliśmy dalej – ze wszystkimi palestyńskimi dziewczynkami z powrotem w autokarze.
Ale w zapiskach palestyńskiego pisarza Raja znaleźć można opisy bardziej problemowe, gdzie przeprawa przez granicę to wielogodzinne oczekiwania w dłuuugiej kolejce.

Pozwolenie na wjazd
Po ustaleniu granic pomiędzy Izraelem i Autonomią Palestyńską, Palestyńczycy którzy zamieszkiwali wcześniej tereny od tej pory leżące na terenie Izraela, otrzymywali pozwolenie na mieszkanie (meldunek) i pracę. Ci natomiast, którzy tu tylko pracowali lub uczyli się, musieli starać się o specjalne przepustki – i nie było oczywiste, że każdy taką otrzyma. Argument „ale ja mam rodzinę po drugiej stronie muru” nie był żadnym argumentem. Dziś rodziny potrafią nie widzieć się latami ze względu na brak pozwolenia przekroczenia muru – z jednej bądź drugiej strony.
Trzeba mieć pozwolenie na wjazd do lekarza, na wylot z lotniska na terenie Izraela, na uczenie się na terenie Izraela, w zasadzie – na wszystko.

Dla każdego turysty przyjeżdżającego do Betlejem z wycieczką (a widziałam takich mnóstwo na głównym placu miasta), ważne są ten kościół, tamten kościół, historia Jezusa i już. Dla indywidualnych, zazwyczaj młodych turystów, to jeszcze Banksy.
Mi żaden z religijnych powodów nie zawrócił w głowie podczas pobytu w Betlejem. Dla mnie to miasto pozostanie synonimem muru, codziennej walki z podstawowymi problemami życiowymi, niedoboru wielu rzeczy, a nawet codziennego upokorzenia.
Nie sposób wyrobić sobie obiektywną opinię na temat konfliktu izraelsko-palestyńskiego na podstawie krótkiego tam pobytu. Myślę, że nawet mieszkając tam wiele lat, byłoby to niezwykle trudne. To tak jak ze zrozumieniem polskiej polityki – nam, zwykłym polskim chlebozjadaczom przychodzi to ciężko (choć czasem wydaje nam się, że wszystko wiemy, a tak naprawdę mamy w głowie wyłącznie medialny budyń), a co dopiero zagranicznym chlebozjadaczom.
Wiem jednak jedno i zdanie to wynika z obserwacji i wysłuchania historii zarówno z jednej, jak i z drugiej strony (mieszkańców Izraela i mieszkańców Palestyny) – kij ma zawsze dwa końce i w przypadku tego konfliktu nie jest inaczej. Problem zachodniego świata polega na tym, że podczas gdy jeden koniec kija jest wysoko eksponowany, drugi tkwi w głębokiej mgle. Naszym zadaniem jest uważnie przyjrzeć się całemu kijaszkowi.
Wyjazd do Betlejem zapamiętam na zawsze, jako ciekawe i pouczające doświadczenie, zwłaszcza z perspektywy kogoś, kto opierał swoją niewyrobioną opinię na temat Bliskiego Wschodu na podstawie gazetowo-internetowych, politycznych doniesień. Od czasu wizyty w Palestynie powtarzam znajomym: nie bójcie się, jedźcie, sami zobaczcie. Bądźcie ostrożni (tak jak trzeba być ostrożnym w Paryżu, Rzymie, Berlinie, Barcelonie, Nowym Jorku i innych zatłoczonych miastach), ale jedźcie. Nigdzie lepszej wiedzy nie zdobędziecie niż u źródła.

Wasza EP Journey

Zainteresowanych tematem odsyłam do kilku pozycji, które dotyczą rzeczywistości palestyńskiej (na Zachodnim Brzegu i w Strefie Gazy):
– Raja Shehadeh „Dzienniki czasu wojny”
– Ewa Jasiewicz „Podpalić Gazę”
– Norman G. Finkelstein „Gaza – o jedną masakrę za daleko”
– Ben White „Apartheid izraelski. Przewodnik dla początkujących”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *