Hiszpania

Barcelońska włóczęga

Sporo wody upłynęło w Wyśle od kiedy wróciłam ze słonecznej Barcelony, cała opromieniona wspomnieniami leniwego szwendania się po tym hiszpańsko-katalońskim mieście. Dwudziestoczterogodzinna doba nie sprzyja realizowaniu wszystkich projektów tak jakbym tego chciała, dlatego kilka słów o majówkowym wypadzie do Barcelony wpada na stronę na początku października.

Pora jednak idealna. Za oknem wyhulały się już wiatry, w Tatrach leży śnieg, a babcine wełniane skarpeciochy wjechały już do mojego ulubionego sklepu z rajstopkami. Tak, pora idealna na krótką relację ze słonecznego miasta, popartą długą listą równie słonecznych fot. Do dzieła!

Majówkę w tym roku mieliśmy przaśną, taką jaka powinna być co roku, można więc było wybrać się na całkiem sensowny wypad. Wodząc palcem po mapie w poszukiwaniu ciepła i nieznanego, trafiłam na Barcelonę i po kilku minutach bilet miałam w kieszeni.

Barcelona

to miasto tętniące życiem, energiczne, pełne młodych ludzi. I to z całego świata. Barcelona to przystań dla tych młodych, którzy w poszukiwaniu rozwoju, impulsów, pchani przez wewnętrzną siłę do poszerzania horyzontów i przesuwania barier (albo w ogóle ich burzenia), przyjeżdżają tu na kilka lat do pracy. Geograficzne usytuowanie miasta pozwala uprawiać jogging wzdłuż plaży, pływać w morzu, przesiadywać w kawiarnianych ogródkach do późnych godzin bez strachu, że chłód wykręci szyję, a już zwłaszcza pozwala nie nosić babcinych skarpet.

Piękny obraz prawda? Nic tylko jechać.

Obraz ten, jak każdy, ma dwie strony medalu. Dla kogoś zdyscyplinowanego, zorganizowanego i z pewnym już doświadczeniem życiowym, taka kilkuletnia przygoda przyniesie kolejne doświadczenia. Gdy jednak syreni śpiew wiecznej imprezy, ciepła, szumu morza oraz przeświadczenie, że skoro zarabiamy w euro to automatycznie stajemy się milionerami, zawładną naszą głową i wrzucą w wir tego kociołka Gargamela – stracić można wszystko i to bardzo szybko.

Dlatego właśnie szwendając się błogo po uliczkach Barcelony natrafia się (zbyt często) na ludzi bezdomnych i to ludzi młodych. Tych, których kocioł Gargamela wypluł pozostawiając bez pracy, pieniądzy, miejsca zamieszkania, perspektyw. Oprócz młodych są i starsi. Bezdomność i biedę widać na każdym rogu.

Mieszkańcy

Barcelony to kilka gram rodowitych barcelończyków i cały kilogram cudzoziemców, którzy zdecydowali się na kilkuletnie w Barcelonie pomieszkanie. Do tego dochodzą całe potoki turystów, ale to inna bajka. Chodząc ulicami Barcelony rzadko dostrzega się prawdziwych staruszków. Jeśli są, to trzymają się małych uliczek i rejonów oddalonych od turystycznego zgiełku. A jeśli idą już jakimś większym traktem, lawina młodych ich zalewa.

Młodzi ludzie w Barcelonie są fit. Biegają, ćwiczą w grupach, na plaży. Przypomina mi to bardzo żywo telawiwski klimat, zwłaszcza w soboty (szabat).

Nie powiem by ludzie w Barcelonie byli przesadnie mili czy weseli. Może to kwestia ciągłego ścierania się o niepodległość Katalonii, może to głębokie problemy mieszkaniowe młodych, a może moja turystyczna gęba? Wybierając się do Barcelony spodziewałam się większego uśmiechu, entuzjazmu, jak na takie geograficzne położenie i mocne nagrzanie słoneczkiem.

Bardzo możliwe, że doświadczyłam klasycznej bariery turystycznej. Bo żadną nowością nie jest, że… barcelończycy zwyczajnie za turystami nie przepadają.

Turyście, wracajcie do domu!

Turyści są wszędzie. Kolejki do kościołów są długie, do Sagrady trzeba wykupić wejściówkę kilka dni wcześniej, to samo z Parkiem Guell. Barcelona to jedno z najbardziej zatłoczonych turystami miast europejskich. Nic dziwnego, że po latach takiego zapchania, lokalsi mają dość. I nie ważne, że turysta to pieniądz, gdy codzienny slalom po ulicach i bezustanny harmider pozbawia przyjemności swobodnego i przyjemnego ruchu.

Język

angielski rozumieją Hiszpanie bardziej niż może się przy pierwszym kontakcie wydawać. Z rozumieniem większego problemu nie ma. Problem pojawia się, gdy przychodzi do mówienia. Nie zdawałam sobie sprawy z tego zagadnienia, dopóki zdziwiona dość zdawkowymi i chłodnymi reakcjami barcelońskich kelnerów i kelnerek, nie podzieliłam się swoją refleksją z mieszkającą w Barcelonie polską koleżanką. Zostałam oświecona: Hiszpanie boją się mówić po angielsku, słysząc inny język niż swój stają się niepewni, zdystansowani. Parę słów po hiszpańsku lub katalońsku – od razu inna rozmowa, uśmiech na twarzy.

Wielu barcelończyków mówi po hiszpańsku i katalońsku. Wielu tylko po hiszpańsku, a jest i taka grupa która celowo udaje, że hiszpańskiego nie zna, tylko kataloński…

Katalończycy

uznawani przez obecne władze Hiszpanii za naród dopiero od 2006 roku, to społeczność o silnych dążeniach niepodległościowych. Katalonia pozostaje autonomiczną wspólnotą Hiszpanii, a dążenia niepodległościowe widać w sferze kulturalnej, społecznej, politycznej.

Plaça de Catalunya

czyli miejsce krzyżowania się różnych linii komunikacji miejskiej, w tym linii autobusów Hop On Hop Off.

Hop On Hop Off

czyli dwie najważniejsze linie autobusów turystycznych schodzą się na Plaça de Catalunya: Barcelona Turistic Bus oraz Barcelona City Tour. Ja wybrałam to pierwsze. Cena: 30 euro za dzień dla osoby dorosłej. Dwie linie: czerwona i niebieska (City Tour ma jeszcze zieloniutką, która śmiga bliżej plaży). Turistic Bus zahacza o wszystkie najważniejsze punkty na mapie miasta. Przejazd każdą linią zajmuje około 2 godzin, bez wysiadania.

Moja opinia na temat Turistic Busa: barceloński Hop On Hop Off jest tak atrakcyjnie skonstruowany, że po przejechaniu tych 4 godzin pierwszego dnia, człowiek łapie azymut i organizuje się w tej nowej przestrzeni, co znacznie ułatwia poruszanie się w kolejnych dniach.

Ja wsiadłam do hop on hop offa po przylocie do Barcelony, prosto z lotniska (autobus zatrzymywał się akurat na Plaça de Catalunya).

Bilety do nabycia w budkach tuż obok przystanków.

Wszechobecni sprzedawcy podróbek

w Rzymie sprzedawali podrabiane chanelki, to dlaczego nie mieliby sprzedawać ich także w Barcelonie? W stolicy Katalonii handel uliczny przez przedstawicieli afrykańskich społeczności kwitnie. Przyznam, że mnie nie bardzo interesują podrabiane chanelki, za to z zaciekawieniem przyglądałam się wymyślnym rozwiązaniom technicznym, stosowanym przez sprzedawców. No bo jak to zrobić, żeby stragan rozstawić szybko i równie szybko go zwinąć, gdy nadchodzi straż miejska czy policja?

Warto dodać, że sprzedawca przyłapany na handlu ulicznym jest przez stróżów prawa tylko upominany. Zwija manatki ruchem spokojnym i odchodzi w poszukiwaniu kolejnego postoju, gdzie będzie mógł rozłożyć swoje torebeczki, portfeliki i Inne bibelotki. Żadnych mandatów, żadnych krzyków. Sprzedawca przychodzi – odchodzi, strażnik przychodzi – odchodzi. Wszyscy krokiem spacerowym.

Sprzedawcy chanelek nie są tak nachalni, ale roznosiciele wody czy nieśmiertelnych selfiesticków, to już inna kategoria nagabywania.

Informacja Turystyczna

znajduje się na Plaça de Catalunya. Ulokowana pod samym placem. Wejścia jak do podziemi, odznaczone dużymi czerwonymi znakami: litera „i” w kółeczku. W Informacji można zebrać mapki, informatory, popatrzeć co jeszcze ciekawego dzieje się w mieście. Uprzejme panie służą pomocą.

Metro

w Barcelonie to jedno z lepiej zorganizowanych komunikacyjnych przedsięwzięć z jakimi się dotąd spotkałam podczas swoich podróży. Dobrze oznaczone, łatwe w obsłudze, pełne instrukcji dla mniej sprytnych. W ogóle komunikacja w Barcelonie stoi na wysokim poziomie organizacyjnym. Autobusy, metro, tramwaje, pociągi, wszędzie dobitne drogowskazy. Bilety kupuje się w automatach, a tam gdzie schodzi się dużo linii, rodzajów transportu i ludzi – są pracownicy komunikacji, gotowi pomóc.

Podczas tego wyjazdu przyjęłam zasadę „pomyśli się za pięć dwunasta”. O bilecie na jutro pomyślę jutro, i tak dalej. Barcelona ze swoją organizacją i dobrym skomunikowaniem idealnie nadaje się na takie eksperymenty. W pociągu do Montserrat były tabliczki elektroniczne z zaznaczonymi stacjami. Przy każdej stacji lampka: zielona – stacja przed nami, czerwona – stacja za nami. Nie sposób przegapić. Ale o Montserrat porozmawiamy sobie jeszcze przy następnej okazji.

La Barceloneta

– za Ciocią Wikipedią: „dzielnica Barcelony część Ciutat Vella. Została założona w 1753 po wybudowaniu nieistniejącej już cytadeli dla tych mieszkańców dzielnicy La Ribera, których domy znajdowały się na terenie przeznaczonym na garnizon wojskowy.” Do naszych czasów niewiele z tej zabudowy się zachowało, głównie siatka ulic, ale warty obczajenia jest kościół Sant Miguel del Port.

Ale La Barceloneta bardziej przykuwa uwagę swoją plażą i ciągnącym się długim deptakiem, gdzie spotkać można ludzi uprawiających jogging, ćwiczących w grupach na piasku, rodziny z dziećmi, młodych na deskorolkach, wyluzowanych turystów po całodziennych turystycznych maratonach. Są też knajpki tu i ówdzie.

Parc de la Ciutadella

to przyjemne i ciche miejsce, w samym sercu ruchliwego miasta. Daje nieco ulgi po slalomie między turystami. To tutaj znajduje się m.in. Parlament Katalonii i fontanna Cascada (zaprojektowana przez Fontsere w 1875 roku, a przy jej projektowaniu brał udział sam Gaudi, wtedy jeszcze jako studenciak). Oprócz tego cała masa rzeźb i widoków. W tym także okazały mamut!

Picasso i Gaudi

– kim byli, wszyscy wiemy. Ale jak wielki wpływ wywarli na Barcelonę – to widać dopiero na miejscu. Zwłaszcza jeśli chodzi o Gaudiego. Jak gdzieś na zakręcie nie ma czegoś związanego z Gaudim, to jest Picasso. A jak nie ma Picassa, to jest Gaudi. I tak się nawzajem chłopaki wymieniają.

Poniżej: dzieło Picassa.

Sagrada Familia

jeden z najbardziej rozpoznawalnych budynków Barcelony, mekka turystów, a przy tym kościół w permanentnej budowie. Dla mnie słowo „kościół” do Sagrady w ogóle nie pasuje. Przemierzając korytarze Sagrady, obijając się o ramiona innych ludzi, miałam wrażenie, że jestem w wielkiej galerii i wielkim muzeum samego Gaudiego. Nie wyobrażam sobie tam mszy świętej.

Może dla wielu zabrzmi to obrazoburczo, ale na mnie Sagrada nie zrobiła zbyt wielkiego wrażenia. Ot, kolejna atrakcja, którą miasto na siebie zarabia, symbol rozpoznawalny na całym świecie i przyciągający rzesze ludzi. Interesujący, ale nie aż tak zachwycający.

Park Guell

to kolejny top spot na mapie Barcelony, kolejny symbol, kolejne małe muzeum Gaudiego (a dodatkowo na terenie parku, w dawnym domu Gaudiego znajduje się jego faktyczne muzeum). I kolejne miejsce, do którego bilet trzeba wykupić minimum dzień przed wycieczką, z wejściem na konkretną godzinę. Najlepiej zrobić to online.

Na szczęście cały park składa się z części płatnej, zamkniętej, oraz części otwartej – w praktyce dla tych którzy albo nie chcą płacić, albo o biletach nie pomyśleli wcześniej (guilty!). W zamkniętej części znajduje się sławna Salamandra i oczywiście najważniejsze – mozaikowa ławeczka przez miejscowych uważana za najdłuższą na świecie. To stąd pochodzi większość fotografii naszych znajomych, którzy na facebooku chwalą się z wyjazdu do Barcelony!

Barri Gotic

czyli średniowieczna dzielnica, znajdująca się w sercu Starego Miasta. To tutaj znajduje się Carrer del Bisbe z Pont del Bisbe – neogotyckim łącznikiem między budynkami.

Tu znajduje się dawna dzielnica żydowska. Jak dowiedziałam się już po powrocie z Hiszpanii, na Barri Gotic zlokalizowana jest kawiarnia Els Quatre Gats, która działała od 1897 – 1903, a potem od 1978 po dziś dzień. Powstała z inicjatywy Ramona Casasa i Carbo chcących stworzyć lokal podobny do Le Chat Noir na paryskim Montmartrze. Taką kolebkę artystów. To tutaj przesiadywali architekci, malarze, pisarze, w tym – suprise, suprise – Antonio Gaudi i Pablo Picasso.

Ciekawostką jest, że po ponownym otwarciu lokalu w 1978 roku wyposażenie wnętrza pozostało… dokładnie to samo!

El Raval i street art

to jedno z ciekawszych, moim zdaniem, miejsc w Barcelonie. Zagłębie street artu, większej autentyczności, wąskich, zabrudzonych uliczek, lokalsów w klapeczkach i interesujących ciekawostek na każdym rogu.

Obecnie połowa mieszkańców El Raval to imigranci i widać to bardzo wyraźnie. Dawniej dzielnica słynęła z dość dużej przestępczości, ale obecnie zmienia się zyskując reputację dzielnicy artystycznej i turystycznej.

Dla mnie El Raval to jednak przede wszystkim zderzenie ze street artem, bogatym w tym rejonie miasta. I właśnie w tym miejscu opowiem Wam pewną historię…

Historia ze street artem autorstwa Gustavo Nenao zaczyna się w momencie, gdy zupełnym przypadkiem poznałam Davida, hiszpańskojęzycznego turystę z Walencji, który tak jak ja wałęsał się po Barcelonie sam. Postanowiliśmy powałęsać się razem. Był to strzał w dziesiątkę, bo język hiszpański Davida bardzo nam się przydał.

Razem zeszliśmy El Raval w poszukiwaniu street artu, którego – jak już zapewne zauważyliście – jestem wielką fanką. Przemierzając kolejne wąskie uliczki tej zacienionej dzielnicy trafiliśmy na dwa squaty. Ale squaty te nie były budynkami, lecz przestrzenią pomiędzy kamienicami. W przypadku El Raval każdy z odnalezionych squatów był jedną wielką galerią. Niestety, przebywający tam ludzie nie byli zbyt ufni względem obcych, a ja taką osobą byłam i ani mój płynny angielski, ani uśmiech nie miał tutaj szans powodzenia. Na szczęście David, choć z Walencji, był lokalsem i zagadał po hiszpańsku. Rozmowa od razu zrobiła się przyjemniejsza, lokalsi rozpromienili się, a i do mnie nabrali większej ufności.

Korzystając z języka hiszpańskiego mojego towarzysza, dowiedzieliśmy się, że niedaleko jest kolejny squat. Nie czekaliśmy dłużej, ruszyliśmy w drogę.

I wtedy trafiliśmy do street artowej oazy, wciśniętej pomiędzy obdrapane ściany kamienic, zagraconej, z ławeczkami i stoliczkiem pośrodku. To tam zasiadywali w leniwej pozie kolejni rezydenci słoterskiego raju. Tym razem David od razu wyszedł naprzeciw z szerokim uśmiechem i językiem hiszpańskim na ustach. Głównodowodzący skłotersową grupką postanowił nas oprowadzić po swojej małej galerii i wtedy opowiedział o Gustavo Nenao…

Nenao to brazylijski artysta street artowy, który w dniu 17 sierpnia 2017 roku przebywał w Barcelonie. Tego dnia na La Rambla miał miejsce atak terrorystyczny: ciężarówka wjechała w zatłoczony deptak prosto w tłum ludzi. Pod wpływem tego wydarzenia, Nenao stworzył rysunek modlącej się dziewczynki na zielonym tle, w zaledwie kilka godzin po ataku…

Po powrocie do Polski odszukałam Nenao, więc odsyłam zainteresowanych na stronę:

https://www.gustavonenao.com/

Nenao jest również autorem rysunku kobiety na żółto-niebieskim tle, którą widzicie poniżej.

La Rambla

– jedna z główny atrakcji Barcelony, kilometrowa ulica, która z jednej strony kończy się rondem z kolumną Kolumba, a z drugiej Plaça de Catalunya.

W sezonie turystycznym La Rambla jest niezwykle zatłoczona turystami, rozglądającymi się na wszystkie strony, zasiadającymi w kawiarenkach, kupującymi klasyczne pamiątki.

Właśnie z tego skorzystali terroryści, wjeżdżając ciężarówką w tłum przechodniów 17 sierpnia 2017 roku.

La Bogueria

to wielki bazar położony przy La Rambla, na którym można zrobić zakupy (warzywa, owoce, ryby itd.) oraz zatopić kły w przysmakach przygotowywanych na miejscu. Obecnie jest jednym z największych miejsc handlowych w Barcelonie.

Moja uwaga: uważajcie na torebki i plecaki. Wraz ze zwiększoną turystycznością bazaru zwiększyło się również zainteresowanie kieszonkowców naszymi roztargnionymi osobami.

Największe hiszpańskie gazety codzienne

El Pais – największy dziennik w Hiszpanii wydawany od 1976 roku (w Barcelonie od 1982), zaraz po śmierci Franco, jako organ propagujący idee demokracji i reformacji po czasach panowania dyktatora.

El Mundo – drugi po El Pais jeśli chodzi o wielkość dziennik codzienny, wydawany w Madrycie od 1989 roku. Ma charakter liberalny.

Z Wawy do Barcy i z Barcy do Wawy

leci się króciutko, trzy godziny. Samoloty startują z lotniska Chopina i latają zarówno bezpośrednio, jak i z przesiadkami. Ostatnio bezpośrednich lotów widziałam mniej niż jeszcze w okresie majówki.

Wylądowałam na głównym lotnisku – Barcelona Intl. Lotnisko ogromne, z licznymi galeriami, wijące się. Trudno się połapać przy pierwszym zetknięciu, ale bez obaw!

Z lotniska kursuje do Barcelony autobus (dojeżdża do Plaça de Catalunya). Autobus czeka na parkingu w podziemiach hali przylotów/odlotów. Trzeba zjechać ruchomymi schodami. Przy wejściu do pojazdu stoi dwóch pracowników: jeden sprzedaje bilety, drugi kasuje. Nie trzeba martwić się szukaniem automatu. Przejazd do centrum trwa około 20 minut i jest przyjemny.

Inne ciekawostki:

Placa Reial – placyk o urokliwym klimacie, choć w ciągu dnia zdecydowanie ukrytym pod grubą turystyczną warstwą.

Tibidabo – wzgórze o wysokości 512 metrów nad poziomem morza, z którego przy ładnej pogodzie rozpościera się wspaniały widok. Na samym wzgórzu znajduje się kościół, park rozrywki i figura Jezusa, który przypomina tego górującego nad Rio de Janeiro.

Na Tibidabo prowadzi Niebieski Tramwaj (Tramvia Blau), będący samą w sobie atrakcją turystyczną.

Magiczna Fontanna – obejrzeć można, ale żeby mnie jakoś na nogi powaliła – nie powiem.

Za to budynek Museu Nacional d’Art de Catalunya (przy którym są pokazy Magicznej Fontanny) widziany po raz pierwszy z Placa de Espanya – absolutny odlot. Wielkość kompleksu i ulokowanie na wzgórzu Montjuic sprawia, że człowiek czuje się taki malutki.

Te wszystkie gaudowskie domki – Casa Mila, Casa Batllo i tak dalej – warte uwagi dla wielbicieli architektury i sztuki, dla osób, które spędzają w Barcelonie minimum tydzień. Dlaczego? Bo za wstęp do każdego z tych obiektów trzeba zapłacić, a do tego są to „barcelońskiego topki” czyli wszyscy tam uderzają. Kolejki, kolejki wszędzie, moi mili.

Patatas bravas – danie. Przypiekane ziemniaczki z sosem. Ja kupiłam za 6 euro, ale podobno są tańsze. Hiszpanie traktują to jako przystawkę (tapas), ale dla mnie to był całkiem sycący posiłek. Można się tym solidnie zapchać.

A, i pamiętajcie:

przy lądowaniu (jeśli tylko macie taką możliwość) zapuszczajcie żurawia za okno. Jeśli pogoda dopisuje i słońce daje mocno – promienie będą się odbijać od lekko falującego morza, dając wrażenie tysięcy błyszczących diamentów unoszących się na powierzchni. Widok zwala z nóg. Jak babcię kocham!

Wasza EP Journey

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *